Balonik

,, Pociągi w Indiach są zawsze przepełnione.
Pewnego dnia pasażerowi, jadącemu z powodu tłoku na dachu wagonu , spadł na ziemię sandał. Człowiek ten - nie zwlekając -zdjął drugi sandał i rzucił go wzdłuż kolejowego toru.Jego sąsiada, siedzącego z nim razem na dachu wagonu, bardzo to zdziwiło.
A podróżny tak mu to wyjaśnił:

-Nic mi po jednym sandale. A jeżeli ktoś znajdzie sandał, który mi spadł, też
nie będzie miał z niego żadnego pożytku. To już lepiej znależć parę! ”

[Bajki Filozoficzne - Michel Piquemal]

Ogród botaniczny. Rodzinny spacer : mama , Marcelino, Grzesio i ja.
Babcia postanawia dać uśmiech wnukowi i kupuje mu największy z balonów. 20 zł. Sprzedawczyni mówi, że pożyje on ponad tydzień. Bierzemy.


Balona prowadzimy na plac zabaw a potem chce, czy -nie chce -ogląda z nami bujną ; egzotyczną i rodzimą roślinność ogrodu botanicznego: bzy, róże, pnącza, magnolie, krokusy. Zauroczeni też widokiem czarownej madragory opowiadamy mu o mocy tej rośliny a zwłaszcza jej paranormalnym korzeniu o humanoidlanych kształtach.

Bajdy głosimy, że ten korzeń przypominający ludzką postać podobno kiwał głową, gdy zadało mu się pytanie i odpowiedź na nie była twierdząca. Balonik JEST z nami. Towarzyszy nam wdzięcznie godzin kilka i daje memu synkowi tyle powodu do śmiechu - ile jest tylko możliwe.
Nagle, kiedy wracamy już ze spaceru jakaś przeszkoda drogowa dramatycznie przerywa nam więź z balonem i frunie on w niebiosa… Grzesio podskakuje wysoko niczym gumiś - prawie już, prawie - lecz nie udaje mu się go pochwycić.

Czuję przez chwilę żar straty, gdyż naprawdę balono-samolot zdążyłam już polubić… Poza tym wyobrażałam sobie -jak w domu będzie on Marcelka wznosił po sam sufit i jak będą razem figle uprawiać… i psoty.

Jacyś ludzie zaczynają nas pocieszać: ,,Nie ma się co martwić. Wiele zachwytu dała nam możliwość przyglądania się, jak Wasz balon znika w przestworzach”. Kiedy ochłonęłam - zrozumiałam sercem, iż właściwie to dobrze… Poznał on wolność. Poleciał jak bym sama chętnie w niestłumieniu poleciała, zaszalała nienagannie. Szczerze - z Ptakiem Modlitwy, Mocą Nieskończoności. Naprzód niesłychanie… Dobrze też, bardzo dobrze, że nie widzieliśmy jak schodzi z niego powietrze, jak umiera…

Inna historia. Synek wyrzucił drogą zabaweczkę fisher-price z balkonu. Zanim zdązyłam po nią zejść - ktoś ją sobie zwyczajnie przygarnął. Cóż- pewnie jakieś inne dziecko w zdumieniu się nią teraz bawi, poznaje, odkrywa…


Miałam też kiedyś mąłą, złocistą torebeczkę z wizerunkiem Buddy.
Łapczywie mi się ona podobała. Uważałam, żeby jej nie zgubić a razu pewnego pomyślałam nawet, że jest ona taka ładna, że lepiej jak nikomu jej nigdy nie dam.Właśnie wtedy coś się we mnie oswobodziło, oświeciło, że dlaczego niby tak kurczowo mam się trzymać rzeczy. Oddałam ją z radością i ulgą - metafizycznej Magduszce do której mi owa torebeczka pasowała idealnie. Warto ofiarowywać , pożyczać nie oczekując zwrotu oraz w wolności święcić : rzeczy, drzewa, ludzi.
Znikamy i pojawiamy się. Przemo na przykład gdzieś jest: natchniony i rozogniony.
Mogę go już nigdy nie spotkać fizycznie chociaż jest dla mnie bardzo ważny. Podobnie z innymi… Wielkimi Bliskimi.
Bywa i tak : pojawia się Ktoś , ale :  ,,  wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebiem(…) Jest czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania…”.

Kiedyś tańczyło na dachach świata - teraz trudno nam z nim o połączenie.
Nie warto przywiązywać się zanadto do materii oraz do chwili.
Szanować ją, kochać owszem i kochać też Dusze Bliskie, lecz przy tym nie uzależniać się jest najsłuszniej.
Wszystko jest w nas. Nawet tamten las.

Brak komentarzy »

Kriti: Zakamarki i Zakątki

Mieszkańcy Krety , tej dawnej Krety, osiedlali się nad morzem, gdzie budowali sobie wielkie piękne porty. W nich trzymali w morze wysyłali potężną flotę, co rozpędzała na cztery wiatry lokalnych piratów i zapewniała spokój i pomyślność basenowi Morza Śródziemnego. Niestety wybuch wulkanu na wyspie Santorini zrodził przeogromną falę tsunami, która zmiotła flotę i zdruzgotała porty, tak że lokalni piraci nie mieli kłopotów z najechaniem wyspy i jej zajęciem, roztoczeniem dominacji nad okolicznym morzem,  ograbieniem wszelakich wysepek z czego się tylko dało a nawet podbiciem Troi i  napisaniem o tym wielkich epopei.

Dziś Kreteńczycy też mieszkają głownie nad wodą, też z północnej strony wyspy (południe to już inny klimat z całkiem innej beczki) i też mają porty.  Może nie wielkie i potężne, bardziej kameralne i rybackie, ale też malownicze…

A klimatu dodają im pradawne budowle jak ten wenecki fort strzegący wejscia do portu w Heraklionie.

Sam Heraklion niespecjalnie radzi sobie z rolą miejscowości do odwiedzenia. Tak jakby przysposabiano go do niej na siłę. Nie jest to miasto z tych, gdzie się wychodzi na ulicę i po prostu się jest i to wystarczy. To miasto, które służy do  przemieszczania się po nim, pracowania, kupowania, sprzedawania, stania w korkach, robienia interesów, spieszenie się, spotykania, hałasowania  i szukania czegoś - jak Warszawa. Brak tu charakteru śródziemnomorskiej oazy.

Nieliczne pochowane zabytki podpowiadają, że kiedyś było troszkę inaczej.

Natknąć się można choćby na kościółek, co zaczynał jako wencki - katolicki, po czym był meczetem, a obecnie robi za cerkiew. Taką starą, ze świeczkami i ikonami.

Ale podobnych smaczków jest mało. W grucie rzeczy to zagnane, trochę brudne miasto w trakcie remontu.

Agios Nikolaos czyli święty Mikołaj prezentuje się już inaczej. Tu w wąskich uliczkach centrum zamiast wpychających się na siłe i wyjących groźnie skuterów dominują piesi przeważnie z zagranicy, a zamiast banków i urzędów, więcej jest kafenionów i sklepików, ludzie sie jakoś nie spieszą. To miasto oddycha.

Znajduje się tu też Jezioro Bez Dna, akwen magiczny i nasycony mocą, w którym  - wedle podań - kąpała się sama bogini Atena. Obecnie świętuje się w tym miejscu Wielkanoc, odpalając w niebo mnóstwo fajerwerków. Tym sposobem nieaktualne wierzenia tworzą bazę dla aktualnych i lokalnych, co tworzy ciekawe multi-kulti (na Krecie często tak jest) Nazwę jezioro zawdzięcza stromym brzegom, które przekładają się na szybko opadające dno, co błyskawicznie staje sie trudno dosięgalne. Stromym bregom jezioro zawdzięcza też  bycie bardzo fotogenicznym :)

Dawniej jezioro nie miało połączenia z morzem, ale obecnie przekopany jest przesmyk. Po jego drugiej stronie mamy taki oto port.

I wreszcie Rethymnon! Czyli całkiem osobna historia niż te do tej pory, miejsce to swoją atmosferą, kimatem… ogółenie jakoscią wdychanego i wydychanego powietrza dystansuje pozostałe kreteńskie mieściny. Centralaną jego część w obecnym kształcie zbudowano wiele wieków temu, a potem specjalnie nie naruszono. Gdy wyspą zdążyli się już nacieszcyć Minojczycy, Mykeńczycy, Grecy antyczni, Rzymianie, Grecy bizantyńcy i Arabowie, roztoczyli nad nią swoją władzę Wenecjanie. Jako że zamierzali zabawić dłużej, zbudowali w zatoce śliczny port…

…zaś do ochrony przed wrogiem z zewnątrz a takze z wewnątrz na wzgórzu postawili pokaźnych rozmiarów Fortezzę. U jej stóp mieli sobie miasteczko, które do dziś zawdzięcza im lekki śródziemnomorski styl, magię wąskich uliczeki i urok starości, ale starości takiej wciąż żywej, nieprzysypanej patyną. Po Wenecjanach, byli jeszcze Turcy, którzy nie przetrącili na szczęście tkanki miasta, zaś wzbogacili ją o charakterystyczne dla siebie elementy, Dzięki temu, przed wędrującym po miejscowych zaułkach wyrasta niespodziewanie wciśniety między domy meczet (co prawda przerobiony na informację turystyczną ale posturę meczetu zachowujący)


Uliczki miasta stworzone są do tego, by w nich zabłądzić, przy czym wcale nie znaczy to, że ten kto to zrobi się zgubi. Przeciwnie,  błąkanie się po tych zakamarkach równa się odnalezieniu najlepszej metody na poznanie ich natury i tajemnic.


Nadgryzione zębem czasu kamienice, setki kafejek, sklepiki ze wszystkim i niczym oraz ich zadumani sprzedawcy. Kolorowi mieszkańcy. Słoneczne gorąco i bryza znad morza  - nie kłócą się ze sobą ale łączą się tworząc jedną wspólną i bogatą mozajkę życia.

Właściwie w każdy z takich zakątków aż prosi się, by poświęcić mu więcej niż tylko chwilę, najlepiej godzinę, dwie lub od razu cały wieczór, a następnego dnia wrócić i usiąśc znowu tutaj. Tutaj albo gdzies zaraz za rogiem ,(wszak wszędzie naokoło równie jest cudnie) i powoli w skupieniu sącząc frappe lub popijając ouzo tak po grecku kontemplować przepływający w pełnym słońcu czas. Do tego jednak pomyśleć by należało o bardziej stałym pobycie. A nie jest to znowu takie awykonalne - restauratorzy z porty w Rethymnonie słysząc jak roamawiamy po polsku zawołali za nami i pytali czy nie poszukamy u nich pracy. Zresztą niedawno była w moim biurze dziewczyna, co przyjechała na Kretę na wakacje i spontanicznie została na stałe. Kusząca to perspektywa choć wymagająca głębszego namysłu raczej. Póki co zostaniemy przy fotograficznych objazdach… :)

Brak komentarzy »

Smutny cielaczek…

Jednak trochę bezpieczniej czuję się wśród wegetarian.

Wiem bowiem, że nie zjedliby mnie, gdybym była Świętą Krową ; a przecież jak krowa- ja również daję mleko…

MARC CHAGALL
Krowa z przeciwsłoneczną parasolką
1946

Komentarze (2) »

Kriti

Na Krecie rzeczy miały się i mają nieco mitycznie. Na samym początku w ktorejś z tamtejszych jaskiń urodził się Zeus, ze skalistych zboczy spoglądał na ziemie tą przepiękną i cieszył się, że kiedyś to wszystko będzie jego. Tenże Zeus trochę lat później przybrał postać byka i porwał pewną piękność azjatycką, pląsającą po łąkach księżniczkę Europę i przywiódł na Kretę właśnie, do gaju oliwnego takiego jak ten…

…gdzie Europa uległa nieodpartemu urokowi Gromowładnego i została jego n-tą kochanką. Z tej namiętności urodził się między innymi Minos, kolejny mityczny figurant, król-symbol cudnej cywilizacji jaka na tam rozkwitła. Jest bowiem w micie o porwaniu jeszcze takie znaczenie: Przeczytaj resztę tego wpisu »

Komentarze (2) »

,,Posłuchaj Pan , Panie Podróżny, co się zdarzyło na Próżnej”.

Synagoga.
Koncert szabatowych melodii chasydzkich i pieśni śpiewanych przy szabatowym stole.
Kultura żydowska przemawiała do mnie od dawien, dawien- dlatego pojawiłam się tutaj.
Przed światynią policja. Koncert Rabina prowokacją dla skina…
Wsłuchuję się w te melodie sprzed wieków, lecz nie trafiają do mnie. Wydają się być niczym Bóg ze Starego Testamentu. Surowe nazbyt, srogie. Słucham z ciekawością, słucham z szacunkiem; ale opuszczam to miejsce -szczerze- przed zakończeniem występu .
Wracam ulicą Próżną, ulicą zaklętą.
Czas zatrzymał się tam już w czasie wojny . Czuję ; jakbym znalazła się na starej, warszawskiej pocztówce . Czerwona cegła . Sepia . Jaśmin . Cisza. Czar.
Kamienice, a ściany tych kamienic odarte z tynku przez burzliwe dzieje. Nieład historyczno- artystyczny przypominający szkic. W oknach dawnych, opuszczonych mieszkań żydowskich umieszczono fotografie ludzi, których zabrał holokaust.Tytuł wystawy : „I ciągle widzę ich twarze”…
Twarze.
Dzieci, kobiet, mężczyzn. Przejęte, godne, pozujące, kochające, ufne, blade lub namiętne. Panie z dziwacznymi wózkami, nonszalanccy panowie,dziewczynki z imponującymi kokardami, a : ,,oczy tej małej, jak dwa błękity”…
Patrzą z okien na mnie te Dusze w czasach mniej lekkich od naszych zmaterializowane. Patrzą…

Zatrzymuję się w Cafe Próżna mieszczącej się w jednym z tych budynków.
Piję harbatę z imbirem i utrzymując klimat zaczytuję się w dzienniki Elly - żydowskiej dziewczyny -stworzone w czasie wojny. Pisze w nich, że łamie swoje ciało jak chleb i rozdaje je ludziom oraz , że absolutnie rozstania z życiem się nie lęka. Życie w niej iskrzyło się, spełniało już dnia każdego intensywnie i jak opisywała -nie przejmowała się, czy istnieć będzie kilka lat mniej czy więcej. Mądrości przeze mnie też odkryte w teorii znakomicie z tą różnicą, że u niej również w praktyce… Szalenie, odważnie i dobrowolnie dała się wywieźć z rodzicami do obozu. Jeśli oni-to ona też. Wolność prawdziwa, wewnętrzna i nieprzywiązanie do rzeczy nietwałych. Miłowanie tego, co wieczne…
Nasze czasy rozleniwiają nas-tak myślę.Wygodny fotel, pomarańcze w każdym sklepie, komórki, laptopy i inne zabawki. Mamy niby tak łatwo, ale dlaczego tak wysoką rozwiniętą świadomość jak u tejże młodej dziewczyny spotyka się tak rzadko? …
Ulica Próżna -Ulica Zaklęta. Namawiam Was do pojawienia się tam i tym samym do podróży w czasie, w przeszłość…

Kasia

Komentarze (2) »

Urodziny

Należy zacząć od tego, że posiadam cztery anioły stróże. Nazywają się John, Paul, George i Ringo, a każdy z nich przybiera nieco inną postać. Dokładnie ich opisać nie jestem w stanie, jako że nie kwapią się do ujawniania w trzech ziemskich wymiarach i obecność ich można zarejestrować jedynie za pomocą trzeciego oka. Nie do końca rozumiem, po co mi aż cztery astralne stwory takie, ale najwidoczniej mądrość kosmosu stwierdziła, że tyle mi się należy, albo że bez czterech sobie nie poradzę. Tak czy owak zawsze mogę komuś jednego pożyczyć.

Anioły te namawiały mnie od dawna bardzo dawna na wspólną imprezę. Tłumaczyłem, że przede wszystkim to czasu nie mam, a kiedy go trochę mam spełniam się na inne sposoby, które nie polegają na truciu siebie. Anioły nalegały i uparły się, że wyprawią mi w końcu urodziny że ho ho, bo od paru latek spędzam je z notatkami w garści z powodu zawieruchy co się sesją zowie i w końcu trzeba ten zaklęty krąg przełamać. No, się uparli. Nie zamierzałem ich słuchać, jako że prócz sesyi i związanego z nią przyswajania mądrości miałem wszakże inne zabawy jak słuchanie skarg i pretensji ludzi przez telefon za marne pieniądze oraz zabawy i harce z synkiem za fikuśne synkowe uśmiechy, a i żonką przytulańce ucieszne. Co mi tak wypełniało grafik, że prawie myłem zęby zmieniając skarpety, żeby się ze wszystkim wyrobić. A ze jeszcze grypę żołądkową niedawno przeleżałem wolałem żołądkowi dać na luz. Odmówiłem.

Wobec czego się aniołowie obrazili i poszli pić sami. A co!

Niestety zabrali ze sobą też dwa cherubinki Marcela (ich imion jeszcze nie poznałem, ale zaraz jak Marcel nauczy się mówić, spytam go o nie). No i od razu zaczęło się dziać.

Krótko po ósmej wieczorem, kiedy zasiadłem by w jedną nockę (na jutro) wchłonąć semestr wykładów z niepamiętam-już-czego i byłem tak przy piątym slajdzie, Marcelowaty nastąpił na zabawkę. Zabawka wyjechała mu spod stópki, wobec czego nasz chwat, który sztukę chodzenia niezupełnie jeszcze ogarniał, utracił całą równowagę i przywalił prosto w półeczkę obok. Rozciął sobie brew wokół lewego oka idealnie na pół. I podniósł alarm. Mama go raz dwa wzięła. Zawołała, ze potrzebny jej wacik z wodą. Hyc-myc jestem z wacikiem i widzę u Marcela oczu wytrzeszcz, twarz czerwona - w krwi już cała, w ustach krzyk zamiera, że już na mamę to wszystko leci i jedno w szoku bardziej od drugiego. Z wacika pożytek żaden, przykładam mu szybko pieluchę, a przez nią jeszcze szybciej przesiąkać zaczyna czerwona barwa. Po ścianach tańczą cienie, pod sufitem fruwają jakieś nietoperze, a w kątach palą się ognie, wokół których fikają diabełki. Zegar stanął na kilka sekund żeby sprawdzić czy wszystkie wskazówki są na swoi miejscu. Trwało to wszystko krótko jak trzepot skrzydeł motyla, albo może dwa trzepoty…

Kilka chwil później byłem piętro wyżej, gdzie mieszkają zaprzyjaźnione rodzinki. O tyle miła sprawa, że w esgiehowym królestwie szczurzego biegu na orientację, indywidualizmu i lansu, pomieszkuje obok ktoś prawie trochę jak my. I jest raźniej. Z góry ściągam tu takiego znajomka, co ma zaparkowany przed DSem samochód swój i pomoże jak może… U nas już spokój. Marcel już z weselejącymi oczkami, zaraz zapomni, że coś się w ogóle stało. Też byśmy zapomnieli gdyby nie ta jego zakrwawiona twarzyczka. I ta dziura w główce ciemna i niewesoła. Jedziemy biedaka zbadać.

Jesteśmy - co dziwne - niezwykle opanowani. Działamy sprawnie, mówimy wyraźnie, nikt nie upiera się przy swoim. Współpraca. Docieramy do całodobowej przychodni, gdzie niedawno wyganialiśmy grypę. Odgrodzona szybą znudzona pani zerka z okienka na Marcela i pyta, o co nam chodzi. Dostrzega dziurawą głowę i mówi, ze u nich nic się nie poradzi. Przegania nas do szpitala na Litewską.

Ładujemy się wszyscy jeszcze raz do auta. (dobrze, ze znajomek nie odjechał) i przemierzamy nocne ulice tej tu metropolii. Marcelek oszołomiony, wszystko mu jedno. W szpitalu nas już kolega zostawia, zakładamy foliowe kapcie i przycupujemy grzesznie poczekalni.. Czas jakiś nikt się nami nie interesuje, ale w końcu kobieta w bieli wygląda zza uchylonych drzwi i stwierdza, że z nami nic nie zrobi, bo normalnie to jest chirurg, ale dziś akurat go nie ma.. Ani chybi pech. Zaciąga nas do zabiegówki, myje Celowi buzię i pozbawia go aparycji małej ofiary konfliktów Trzeciego Świata. Synek znów jaśnieje nam jak słoneczko przykryte nieco chmurką elastycznego bandaża. Narazie jest zbyt zdezorientowany żeby go sobie ściągać. I wszystko fajnie, ale byliśmy już w dwóch punktach medycznych a dziura w głowie Marcela jak straszyła tak straszy. I robi się serio późno. Poinstruowani, gdzie najbliższy zszywacz naprawia zepsute dzieciaki, kierujemy się z poszkodowanym na Plac Zbawiciela. Jedno z magicznejszych miejsc w mieście, zwłaszcza w nocy Klimaty odrobinkę nierzeczywiste - przed chwilą wieczór mocna kawa, materiały, egzamin, pokój ciasny ale własny.. obecnie: noc, zimno, deszcz pokapuje, Marcel z rozbitą głową i wszyscy czekamy na tramwaj. Wystarczy mocniej dmuchnąć i dekorację tego teatrzyku poprzewracają się chyba.

A nad Placem Zbawiciela, od dachu do dachu wirują sobie nasze anioły, zamroczone i beztroskie…

Przeczytaj resztę tego wpisu »

Comments (1) »

Przyjaciel

Przyjaciel

Właściwie to poznaliśmy się przez internet :)

Kiedy dobiegał już końca mój pobyt na wyspie małych palm, wrzosowisk i celtyckich kościółków zawitałem do kafejki internetowej , gdzie na koncie poczty elektronicznej znalazłem Twoje zdjęcia. Otwierałem je z niemałym wzruszeniem i z niecierpliwością, byłem strasznie ciekaw tego, jak wyglądasz. Fotografie przedstawiały Ciebie śpiącego, takim głębokim, pierwotnym, na wskroś czystym snem. Nie pozwalały więc wyczytać wiele z Twojej twarzy, poza chyba jednym. Że tutaj Jesteś.

Parę dni później byłem już w domu, u Ciebie. Pamiętam, że gdy stanąłem w progu, spałeś, zupełnie jak na tych zdjęciach, ale wydaje mi się, że też krótko potem zbudzieś się. Narzuciło mi sie od razu takie wrażenie, że przybyłeś prosto z dalekiego wszechświata, z tej iskrzącej się nieskończoności, że w dużej części wciąż tam jesteś i będziesz lądował u nas na Ziemi delikatnie i bardzo powoli. Wziąłem Cię zaraz na ręce niewprawione, nieporadne, które przy wsparciu pozostałych wokoło dopasowały się do Twoich wymagań. I pamiętam jeszcze, że zdziwiło nie, że tak szybko oddychasz. Myślałem, że coś Ci jest, ale okazało się, że po prostu tak masz. Pamiętam też, że główkę miałeś bardzo miękką, i jeszcze że pachniałeś nowym życiem, wpatrzony byłeś w wieczność, we wszystko. No i pamiętam, że kompletnie nie wiedziałem co Ci powiedzieć i chyba w końcu nie powiedziałem nic.

Potem w nocy spaliśmy razem, a ja miałem wowczas dziwną właściwosć, że przez sen zabierałem ludziom, z którym i spałem, kołdry i insze okrycia. O poranku zobaczyłem, że leżymy wciąż razem, ale ja mam na sobie Twój maleńki kocyk. Poczułem, że jesteś taki swój, mój, swój, Twój. Że jesteś.

Potem wydarzyło się bardzo dużo rzeczy i ciagle się nowe i nowe dzieją, które dzianiem swoim zajmują pamięć, pochłaniają koncentrację. Dlatego pewnie choć kiedyś rejestrowałem dokładnie całość wydarzeń, z naszego pierwszego spotkania pamietam takie urywki. Dlatego też noszę się z zamiarem zapisania tych rzeczy, które jeszcze z tego świętego czasu kojarzę. Potem złożę je w kopercie z tekturki, którą zalakuję taką starodawną pieczęcią i ktoregoś dnia wsunę Ci pod poduszkę.

Ale to potem. Narazie powoli. Kawałek po kawałku… Trochę tygodni po tamtych zdarzeniach, kiedy nasza znajomość rozwijała się żwawo, spytałem Cię, czy zostaniesz moim przyjacielem. Powiedziałem, że ja bardzo chcę być Twoim. Takim przyjacielem najlepszym, najbardziejszym dla którego nie ma miejsca w słowniku na pojęcia w rodzaju: granica, bariera albo dystans. Mówiłem, że będziemy wspólnie wędrować zboczami połonin i razem zwijać żagle, gdy zaskoczy nas burza na jeziorku. Że wymieniać sie będziemy filmami, pierogami z lodówki i skarpetami z szafy. Od siebie nawzajem będziemy się uczyć świata i swoje świety sobą wzbogacać. A śmieszyć nas będą te same absurdy i bzdury. I tak dalej mówiłem i tego typu fikuśne myślokształty biegły w podskokach przeez mnie pprosto do Ciebie, a Ty się wtedy uśmiechnąłeś, czując je jak pulsują wokół Ciebie, akceptując tym wtedy, mówiąc im po prostu “tak”.

W ten sposób zostaliśmy przyjaciółmi.

Szczerze powiem, że kamień spadł mi z serca, bo do tamtej pory obawiałem się, że będziemy tylko tatą i tylko dzieckiem. A to mi raczej nie leżało. Nie lubię, po prostu określenia dziecko. Samo to słowo jest wszak rodzaju nijakiego. Podobnie jak drzewko, słonko, zwierzątko. A przecież człowiek, każdy każdy człowiek, posiada płeć. To jego niezmywalna cecha.. Kiedy takie nijakie “dziecko” nie ma płci, w sferze naszych myśli robi się jakoś mniej człowiekiem,a bardziej podpada pod jedną kategorię ze słonkiem i zwierzątkiem. I kiedy się tak o nim mówi/myśli… - od razu łatwiej z nim postępować jak z nie-całkiem człowiekiem, mała anomalią, i upierdliwym wybrykiem natury. A ja nie chciałem iść w ogóle tym tropem. Nie z Tobą.

Bo nie ważne czy umiesz mówić, czy uczysz się siadać i przewracasz przy tym, , czy może jeszcze nie widziałeś światła, czy potrafisz już sam zjeść albo zasnąć czy jeszcze niekoniecznie… Bez względu na którym etapie rozwoju jesteś, jesteś duszą, istotą, osobą, Życiem, takim, które trzeba kochać. Nie z góry, z dominacją zmieszaną z politowaniem, ale równo, jak druha, bratnią duszę, jak prawdziwego przyjaciela. I robić to mocno, naprawdę mocno. Od góry do dołu, cztery razy wokoło i jeszcze za uszami. Właśnie tak.

Tak Cię będę kochał Przyjacielu.

Rainman

Komentarze (5) »

,,Na Księżycu się nie żyje, a na Ziemi ziemskie troski… ”

Siadamy czasem z Marcelinim na księżycu.

Surrealistycznie i majestatycznie.

Synek sięga po gwiazdy miodowo-truflowe, częstuje mnie…

Podśpiewujemy nogami chilloutowo machając ; pieśni figlarne śpiewamy : ,, Nie ma życia na Księżycu , na Księżycu nie ma życia ;) … ”

Komentarze (2) »

Manowce

Jest na przykład takowy przesądny zabobon aby opuściwszy własne włościa i stwierdziwszy, że czegoś nam jeszcze w bagażu podróżnym brak, wracamy w nasze progi, uzupełniamy bagaż, ale nie zmykamy od razu. Nie nie. Trzeba wtedy usiąść wygodnie, zaobserwować chmury za oknem, a także policzyć pająki na suficie oraz sprawdzić dno kubka z herbatą na wypadek gdyby nieco esencji się między fusami uchowało. Dopiero potem można ruszać w nieznaną dal.

Zwyczaj śmieszny, pocieszny i absurdalny zdeka zwłaszcza w czasach, kiedy pociąg ucieka i na stacji na spóźnialskich zaczekać już nie chce, bo się rozkładu trzyma. Powstał on bowiem nieco wcześniej niż pociągi i rozkłady, albowiem w czasie, gdy człowiek przeważnie się w sielskiej osadzie zagnieżdżał. Poza krąg znajomych osób i miejsc rzadko wykraczał. A przestrzeń za widnokręgiem złowroga i obca mu się jawiła. Także gdy trafił się chętny i gotowy przez nią przedzierać (kupiec, wojak czy wiedźmin jaki) należało go przesądnymi zabobonami prześwięcić. Najlepiej modlitwę zmówić, toast za zdrowie wypić, wyeleweni się żegnająć (jeno nie przez próg przeca) medalionem z Krzysztofem św. szyję przyozdobić a i talizmanów pogańskich w kieszenie nawpychać. I komu w drogę temu rower.

Czyli porzucanie domostwa swego na rzecz bezdroży i manowców to była ewentualność niemile widziana i potencjalnie groźna.

Dzisiaj też tak trochę jest. O ile nie oficjalnie to bardziej podskórnie. Ale jest.

Całkiem zresztą niepotrzebnie. Wędrówka jest wszak święta, a sposobność aby się zupełnie, do cna na drugą stronę wywłóczyć przyrównać można do łaski, co wykazać można wielorako. Samsara (pojęcie pozornie nietutejsze) ciśnie się od razu na myśl. Wszak polega ona na zapętleniu się i kręceniu w kółko po tej samej planszy jak do gry w Cińczyka, jak pionki właśnie. Bo tak człek zapętlony i skołowany działa. Mechanicznie, rutynowo, bez reflekji, głębi, ducha, namiętnosći. Bezszelestnie i niezauważalnie się jego aktywność obniża do minumium i tam już zostaje. Choć naturalnie rzecz nie musi się skończyć wcale tak pesymistycznie, jako że samsara jest do pokonania metodami prostymi i przejrzystymi. Jednym takim sposobem jest zmiana planszy (choćby chwilowa) i poszerzenie jej, nadaniej nowych granic i perspektyw. Rzecz taka w językach zachodnich zowie się złamaniem rutyny. Chodzi o to by mieszkaniec labiryntu wymknął się z jego ścian i poczuł dziecięcą radość z odkrywania rozmaitych rzeczy na nowo. Niech na nowo błoto zaleje mu buty i herbata z prądem lub bez go rozgrzeje. Na nowo niech powita wypełzające zza chmur słońce i od nowa niech to i owo przeżyje, trochę zobaczy, zmysłowo co nieco skosztuje.
Na zdrowie mu wyjdzie. Zrobi się na nowo trochę bardziej ludzki.

Poza tym podróże kształcą.

W dodatku uwrażliwiają na różnorodność i inność

Hartują zdrowie i wzmacniają charakter.

Marcel, mama, Wisła, wielgachny most toruński

Przeczytaj resztę tego wpisu »

Komentarze (3) »

Jesteśmy jednym nieskończonym słońcem…

Działo się to pewnego błogiego dnia letniego.
Wędrowaliśmy leniwie kilka kilometrów za pielgrzymami odurzając się korzennymi kadzidłami patchouli. Mozaika doznań: intensywny zapach eterycznych olejków, spowolniony rytm kroków , słońce gorejące… Oprócz tego noc poprzednia nieprzespana a wytańczona tańcem ognistym przy dżwiękach bongosów i słowach pogańskiej pieśni:

,, Ziemia moim Ciałem, Woda moja Krwią, Powietrze mym Oddechem, Ogień Siłą mą. JESTEŚMY JEDNYM NIESKOŃCZONYM SŁOŃCEM . Na zawsze ! ”

Tak wędrując zawędrowaliśmy w odmienny stan świadomości.
Umysły nasze wnikliwe jak zwykle próbowały nas oddzielić od Tu i Teraz. Poddawaliśmy się temu.Nie szkodzi, nie szkodzi…

Ukazał nam się wykwintny dom; zapewne pełen wygód. Dom dumnie stojący i rozdielony od nas ogrodzeniem- metalowym, ciężkim, nie zapraszającym do wspólnej zabawy. Obok niego mnożyły sie chaty. Może nie równie monumentalne, ale podobnie poodgradzane. Ten nadzwyczaj codzienny obrazek nadzwyczajnie nas poruszył.
Przeżyliśmy zbiorowy i zarazem dogłębny smutek, ponieważ uświadomiliśmy sobie metaforę czasów i przestrzeni w jakiej się znajdujemy. Jakże zamknięte muszą być serca, które oddzielają sie od siebie wysokimi nieżywopłotami i jakie mieszkańcy tych zabarykadowanych domów muszą mieć niskie poczucie bezpieczeństwa, brak zaufania do Życia.

Wspomnienie owe, zamglone nawiedziło mnie, kiedy czytałam ,,Heban” Ryszarda Kapuścińskiego, a w nim opis afrykańskiej wsi Abdallah Wallo.
,, W czasie (…) obchodu wsi widzi się , że w tradycji i wyobrażeniu jej mieszkańców
nie istnieje pojęcie przestrzeni podzielonej, zróżnicowanej, segmentowanej. W całej wsi nie ma płotów, parkanów czy drutów, nie ma grodzeń, siatek, rowów ni miedz. Przestrzeń jest jedna, wspólna, otwarta, nawet przezroczysta; nie ma w niej rozwieszonych kurtyn, wzniesionych barier, zaporów i murów, nikomu nie stwarza ona ograniczeń, nie stawia oporu.”

Tak. Chciałoby się tak czasem : ciało do ciała ; blisko, blisko…
Wszak jesteśmy jednym nieskończonym słońcem.

Comments (1) »