Kriti: Zakamarki i Zakątki

Mieszkańcy Krety , tej dawnej Krety, osiedlali się nad morzem, gdzie budowali sobie wielkie piękne porty. W nich trzymali w morze wysyłali potężną flotę, co rozpędzała na cztery wiatry lokalnych piratów i zapewniała spokój i pomyślność basenowi Morza Śródziemnego. Niestety wybuch wulkanu na wyspie Santorini zrodził przeogromną falę tsunami, która zmiotła flotę i zdruzgotała porty, tak że lokalni piraci nie mieli kłopotów z najechaniem wyspy i jej zajęciem, roztoczeniem dominacji nad okolicznym morzem, ograbieniem wszelakich wysepek z czego się tylko dało a nawet podbiciem Troi i napisaniem o tym wielkich epopei.

Dziś Kreteńczycy też mieszkają głownie nad wodą, też z północnej strony wyspy (południe to już inny klimat z całkiem innej beczki) i też mają porty. Może nie wielkie i potężne, bardziej kameralne i rybackie, ale też malownicze…

A klimatu dodają im pradawne budowle jak ten wenecki fort strzegący wejscia do portu w Heraklionie.

Sam Heraklion niespecjalnie radzi sobie z rolą miejscowości do odwiedzenia. Tak jakby przysposabiano go do niej na siłę. Nie jest to miasto z tych, gdzie się wychodzi na ulicę i po prostu się jest i to wystarczy. To miasto, które służy do przemieszczania się po nim, pracowania, kupowania, sprzedawania, stania w korkach, robienia interesów, spieszenie się, spotykania, hałasowania i szukania czegoś – jak Warszawa. Brak tu charakteru śródziemnomorskiej oazy.

Nieliczne pochowane zabytki podpowiadają, że kiedyś było troszkę inaczej.

Natknąć się można choćby na kościółek, co zaczynał jako wencki – katolicki, po czym był meczetem, a obecnie robi za cerkiew. Taką starą, ze świeczkami i ikonami.

Ale podobnych smaczków jest mało. W grucie rzeczy to zagnane, trochę brudne miasto w trakcie remontu.

Agios Nikolaos czyli święty Mikołaj prezentuje się już inaczej. Tu w wąskich uliczkach centrum zamiast wpychających się na siłe i wyjących groźnie skuterów dominują piesi przeważnie z zagranicy, a zamiast banków i urzędów, więcej jest kafenionów i sklepików, ludzie sie jakoś nie spieszą. To miasto oddycha.

Znajduje się tu też Jezioro Bez Dna, akwen magiczny i nasycony mocą, w którym – wedle podań – kąpała się sama bogini Atena. Obecnie świętuje się w tym miejscu Wielkanoc, odpalając w niebo mnóstwo fajerwerków. Tym sposobem nieaktualne wierzenia tworzą bazę dla aktualnych i lokalnych, co tworzy ciekawe multi-kulti (na Krecie często tak jest) Nazwę jezioro zawdzięcza stromym brzegom, które przekładają się na szybko opadające dno, co błyskawicznie staje sie trudno dosięgalne. Stromym bregom jezioro zawdzięcza też bycie bardzo fotogenicznym :)

Dawniej jezioro nie miało połączenia z morzem, ale obecnie przekopany jest przesmyk. Po jego drugiej stronie mamy taki oto port.

I wreszcie Rethymnon! Czyli całkiem osobna historia niż te do tej pory, miejsce to swoją atmosferą, kimatem… ogółenie jakoscią wdychanego i wydychanego powietrza dystansuje pozostałe kreteńskie mieściny. Centralaną jego część w obecnym kształcie zbudowano wiele wieków temu, a potem specjalnie nie naruszono. Gdy wyspą zdążyli się już nacieszcyć Minojczycy, Mykeńczycy, Grecy antyczni, Rzymianie, Grecy bizantyńcy i Arabowie, roztoczyli nad nią swoją władzę Wenecjanie. Jako że zamierzali zabawić dłużej, zbudowali w zatoce śliczny port…

…zaś do ochrony przed wrogiem z zewnątrz a takze z wewnątrz na wzgórzu postawili pokaźnych rozmiarów Fortezzę. U jej stóp mieli sobie miasteczko, które do dziś zawdzięcza im lekki śródziemnomorski styl, magię wąskich uliczeki i urok starości, ale starości takiej wciąż żywej, nieprzysypanej patyną. Po Wenecjanach, byli jeszcze Turcy, którzy nie przetrącili na szczęście tkanki miasta, zaś wzbogacili ją o charakterystyczne dla siebie elementy, Dzięki temu, przed wędrującym po miejscowych zaułkach wyrasta niespodziewanie wciśniety między domy meczet (co prawda przerobiony na informację turystyczną ale posturę meczetu zachowujący)


Uliczki miasta stworzone są do tego, by w nich zabłądzić, przy czym wcale nie znaczy to, że ten kto to zrobi się zgubi. Przeciwnie, błąkanie się po tych zakamarkach równa się odnalezieniu najlepszej metody na poznanie ich natury i tajemnic.


Nadgryzione zębem czasu kamienice, setki kafejek, sklepiki ze wszystkim i niczym oraz ich zadumani sprzedawcy. Kolorowi mieszkańcy. Słoneczne gorąco i bryza znad morza – nie kłócą się ze sobą ale łączą się tworząc jedną wspólną i bogatą mozajkę życia.

Właściwie w każdy z takich zakątków aż prosi się, by poświęcić mu więcej niż tylko chwilę, najlepiej godzinę, dwie lub od razu cały wieczór, a następnego dnia wrócić i usiąśc znowu tutaj. Tutaj albo gdzies zaraz za rogiem ,(wszak wszędzie naokoło równie jest cudnie) i powoli w skupieniu sącząc frappe lub popijając ouzo tak po grecku kontemplować przepływający w pełnym słońcu czas. Do tego jednak pomyśleć by należało o bardziej stałym pobycie. A nie jest to znowu takie awykonalne – restauratorzy z porty w Rethymnonie słysząc jak roamawiamy po polsku zawołali za nami i pytali czy nie poszukamy u nich pracy. Zresztą niedawno była w moim biurze dziewczyna, co przyjechała na Kretę na wakacje i spontanicznie została na stałe. Kusząca to perspektywa choć wymagająca głębszego namysłu raczej. Póki co zostaniemy przy fotograficznych objazdach… :)

Zostaw komentarz