Palmę warszawską, która pozdrawia z Alej Jerozolimskich rozpoznają tutejsi i nietutejsi. W tym również Marcel; przedwczoraj, kiedy mijaliśmy ją rowerem, zaczął z radości okładać mnie po plecach. Poznał, że jedziemy po Trakcie Królewskim i nieuchronnie znajdziemy się na babcinej starówce. Tak się właśnie stało, zaraz mknęliśmy Nowym Światem. Reakcja synka była w pełni prawidłowa, bo niewiele jest w Warszawie lepszych rzeczy do roboty niż zasuwaniem rowerem Nowym Światem.
Ewentualnie może być też zjazd po spirali w dół Karową.
Albo przeprawa przez Wisłę mostem Świętokrzyskim.
Przeciskanie się pod wiaduktami na Powiślu
No i szukanie skrótów z Mokotowa na Okęcie przez parki i działki.
Wszystko naturalnie z Celem z tyłu na siodełku, śpiewającym z cicha jakieś swoje melodie. Teraz zdaje mi się to jasne jak słońce na pustyni. Rok temu niebyło to takie oczywiste, ale z inspiracji Kasiowej ruszył projekt pod roboczym tytułem „rower w mieście”. Ja byłem po swojemu sceptyczny. Na dwóch kołach spędziłem wszakże niejedno lato w zamierzchłej, mazurskiej przeszłości. Z tym, że było to penetrowanie jednośladem zakamarków leśnych i odludzi haftowanych zbożem rozmaitem, pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem. Rower to był więc taki wiejski środek transportu, co miał wzięcie albo wśród badaczy bezdroży, albo tubylców, których nie stać na bardziej komfortowy transport.
Tymczasem przestrzeń miejska, którą zaludniam od lat kilku , to w moim mniemaniu było królestwo nowoczesności w wydaniu tramwajowym, metrowym, taksówkowym z sygnalizacją świetlną i korkami rozciągającymi się od A do B, gdziekolwiek sobie to B na planie miasta narysuję. Teraz wiem, że to stereotyp kulturowy, narzucony przez panująca w mieście kastę samochodziarzy i wielbicieli technicznych cudów na kiju. Przyjmując go, zgadzasz się na ich grę, wchodzisz na ich planszę, poruszasz ich pionkami. A wyłamiesz się z owego schematu przynosząc swoje figurki i swoje reguły gry. Wyłamiesz się, kiedy przesiądziesz się na rower,
A stanie się tak, ponieważ, jak powiada Lech Janerka, „rower jest wielce OK, rower to jest świat”. Rzecz ma się podobnie jak z górą lodową, której znad powierzchni wystaje ułamek tego, co skrywają morskie głębie. Z wierzchu dostrzegasz, więc zwykłe jakieś pedałowanie po mieście, głębiej jest cały cały świat. Alternatywna plansza z alter-pionkami. Zupełnie nowa filozofia przestrzeni, czasu. Cały świat.
Podobnie jest z jogą. Joga to nie są tylko ćwiczenia na rozciąganie i kręgosłup, fitness z kardamonem. Tylko świat.
Podobnie wegetarianizm. Sprawadznie go do wciniania szpinaku i soi to banalne uproszczenie dla niewtajemniczonych. Za nim skrywa się więcej. Więcej życia w życiu. Inny świat.
A ekologia to nie tylko dziki podziw kwiatów i pataszków. To samoograniczanie, inteligentne rozwiązania, świadoma konsumpcja. Świadome życie. Ot co
Podobnie jest też z dziećmi, z naszym Marcelem. “Dzieci” nie tylko niż zarabianie na zabawki, zawożenie do przedszkola, kupowanie ubranek, spacery i zoo. Bo nasz Marcel to coś więcej. Marcel… “to jest świat”!
Grzesiek
PS. I na koniec jeszcze jeden klip rowerowy


