Wokół naszego nowego domu rosną brzozy. Wyjątkowo wysokie, gdyż większość swojego rośnięcia spędziły w lesie. Tam rywalizowały z sosnami i bukami o słońce, dlatego pięły się górę jak oszalałe. Trzeba mocno zadzierać głowę do góry, żeby zobaczyć niebo, zwłaszcza kiedy się jest Marcelem (116cm wzrostu) i zwłaszcza, kiedy się wypatruje Muminków. Muminki powinny lada chwila nadlecieć na chmurach, pewnie już są w drodze. A chmury – jak wiemy z opowieści – wypełzły z zaczarowanego kapelusza, przemienione magicznie ze skorup jajek. Kapelusz należał do czarnoksiężnika, który podróżował na wielkiej panterze, ale o tym dowiemy się pod koniec historii. Na razie znaleziony przez Muminki ku uciesze Marcela wyrabia cuda-wianki. Cokolwiek do niego wpadnie, zmienia się w coś zupełnie innego – woda w sok malinowy, książka w latające po domu ciągi słów, nasiona kwiatów w dziką dżunglę… Kapelusz to istny wehikuł wyobraźni, niebezpieczna broń w ręku wroga logiki i wyznawcy totalnej fantazji.
Taki wyznawcą z pewnością była Tove Jansson, która sprowadziła te urokliwe trolle do naszej rzeczywistości. Pierwsze takie sprowadzenie miało miejsce w jej domowej ubikacji, gdzie na ścianie pod wpływem impulsu narysowała Muminka. My znamy te istoty zasadniczo z trzech źródeł – serii książek autorstwa Tove, animacji szmacianej produkcji polskiej, animacji rysunkowej produkcji japońskiej. Ta ostatnia wersja jest najbardziej niestety najbardziej rozpoznawalna, a przy tym najgorsza z możliwych, jako ze okrutnie spłyca postacie, fabułę i filozofię w niej zamaskowaną. Tymczasem Dolina Muminków to zjawisko literackie wystające poza kadr w jakim mieszczą się zazwyczaj czytadła dla dzieci.
Muminki są niejako spokrewnione z Małym Księciem. Tak jak impulsem do spisania historii złotowłosego chłopca, był bezsens II wojny światowej, którą autor chciał porzucić i zostawić za sobą, tak pierwsze opowiadania z cyklu o Muminkach powstały podczas ataku ZSRR na Finlandię w 1939r i też są antidotum na wojnę. Mały Książę wędruje w kosmosie i po pustyni i łamiąc żelazne reguły czasu i przestrzeni i podobnie Dolina Muminków jest jakiś ukrytym wymiarem świata, niby bliska i podobna, ale nie do końca stąd. Z drugiej strony, większość występujących w książkach postaci istniała naprawdę. (!) Rodzina autorki wyprzedzała swoją epokę, żyjąc w czyś pomiędzy bohemą artystów, a hipisowską komuną. Zamieszkiwali na odludziu, a ich dom był zawsze otwarty i pełen gości, który nie bardzo wiadomo kiedy, stawali się domownikami – zupełnie jak u Muminków. Mój ulubiony Włóczykij był w naszym świecie niedoszłym narzeczonym autorki, a Too-Tiki to jej późniejsza partnerka, z którą zamieszkała na wyspie łudząca podobnej do tej z historii o Tatusiu Muminka i morzu. Sama Tove widziała siebie w tej historii po części jak Muminka – naiwnego i pełnego entuzjazmu – a po części jako Małą Mi, która to miewała tylko dwa nastroje – była albo wesoła, albo zła.
Marcel zna polską animację i ilustrowane powieści, których przez kilka miesięcy słuchał przed zaśnięciem. Zaśnięcie było najgorszym momentem z całego czytania, bo właściwie należało wtedy przestać czytać, a mnie strasznie korciło, co będzie dalej. Każda kolejna odsłona Muminków jest coraz mniej dziecinna i bardziej dojrzała. Ostatnia „Dolina Muminków w Listopadzie” to już właściwie czysty Zen, gdzie „nic” się przez całą powieść nie dzieje, a bohaterowie zajmują się tym, czym wszyscy mogliby się zajmować, gdyby tylko odpuścili sobie nieco z tej krzątaniny zwanej życiem codziennym… Jako człowiek czteroletni, Marcel nie posiada w swoim obrazie świata wyraźnych konturów. To raczej impresjonizm, gdzie plamy zlewają się ze sobą, a rzeczywistość śmiało może przenikać się z fikcją, Muminki mogą wylecieć zza brzóz, a nad rzeką za zakrętem zapewne znajdziemy rozbity namiot Włóczykija. Wszystko jest w nas, dzieje się tak naprawdę w Marcela i naszych głowach. Czasem jako fakt, a czasem na niby – jako symbol.
Dolina Muminków pojawi się jako fakt niebawem w Warszawie przy ulicy Książęcej i pobędzie tam do końca lata. Bosko i pewnei tam zajrzymy. Z tym, że my mamy już jedną taką Dolinę, swoją. Materializuje się nam otoczona brzozami przywoływana przez nam sprzężone z nią myślokształty. Choćby takie : Spacerujemy długo w noc świętojańską, pieczemy w sobotę razem tartę, a w tygodniu kruche ciasteczka, robimy sobie masaże, przytulamy się do drzew, ruszamy na wyprawę do tajemnych leśnych wydm, i obłędnie słuchamy Björk. Aż w końcu odnajdujemy teledysk taki jak ten…
I wtedy wszystko staje się jasne. Wszak imię tej islandzkiej wokalistki – Björk Guðmundsdóttir – oznacza w skandynawskich dialektach właśnie Brzozę.
:)
Grzesiek






