Przyjaciel
Właściwie to poznaliśmy się przez internet :)
Kiedy dobiegał już końca mój pobyt na wyspie małych palm, wrzosowisk i celtyckich kościółków zawitałem do kafejki internetowej , gdzie na koncie poczty elektronicznej znalazłem Twoje zdjęcia. Otwierałem je z niemałym wzruszeniem i z niecierpliwością, byłem strasznie ciekaw tego, jak wyglądasz. Fotografie przedstawiały Ciebie śpiącego, takim głębokim, pierwotnym, na wskroś czystym snem. Nie pozwalały więc wyczytać wiele z Twojej twarzy, poza chyba jednym. Że tutaj Jesteś.
Parę dni później byłem już w domu, u Ciebie. Pamiętam, że gdy stanąłem w progu, spałeś, zupełnie jak na tych zdjęciach, ale wydaje mi się, że też krótko potem zbudzieś się. Narzuciło mi sie od razu takie wrażenie, że przybyłeś prosto z dalekiego wszechświata, z tej iskrzącej się nieskończoności, że w dużej części wciąż tam jesteś i będziesz lądował u nas na Ziemi delikatnie i bardzo powoli. Wziąłem Cię zaraz na ręce niewprawione, nieporadne, które przy wsparciu pozostałych wokoło dopasowały się do Twoich wymagań. I pamiętam jeszcze, że zdziwiło nie, że tak szybko oddychasz. Myślałem, że coś Ci jest, ale okazało się, że po prostu tak masz. Pamiętam też, że główkę miałeś bardzo miękką, i jeszcze że pachniałeś nowym życiem, wpatrzony byłeś w wieczność, we wszystko. No i pamiętam, że kompletnie nie wiedziałem co Ci powiedzieć i chyba w końcu nie powiedziałem nic.
Potem w nocy spaliśmy razem, a ja miałem wowczas dziwną właściwosć, że przez sen zabierałem ludziom, z którym i spałem, kołdry i insze okrycia. O poranku zobaczyłem, że leżymy wciąż razem, ale ja mam na sobie Twój maleńki kocyk. Poczułem, że jesteś taki swój, mój, swój, Twój. Że jesteś.
Potem wydarzyło się bardzo dużo rzeczy i ciagle się nowe i nowe dzieją, które dzianiem swoim zajmują pamięć, pochłaniają koncentrację. Dlatego pewnie choć kiedyś rejestrowałem dokładnie całość wydarzeń, z naszego pierwszego spotkania pamietam takie urywki. Dlatego też noszę się z zamiarem zapisania tych rzeczy, które jeszcze z tego świętego czasu kojarzę. Potem złożę je w kopercie z tekturki, którą zalakuję taką starodawną pieczęcią i ktoregoś dnia wsunę Ci pod poduszkę.
Ale to potem. Narazie powoli. Kawałek po kawałku… Trochę tygodni po tamtych zdarzeniach, kiedy nasza znajomość rozwijała się żwawo, spytałem Cię, czy zostaniesz moim przyjacielem. Powiedziałem, że ja bardzo chcę być Twoim. Takim przyjacielem najlepszym, najbardziejszym dla którego nie ma miejsca w słowniku na pojęcia w rodzaju: granica, bariera albo dystans. Mówiłem, że będziemy wspólnie wędrować zboczami połonin i razem zwijać żagle, gdy zaskoczy nas burza na jeziorku. Że wymieniać sie będziemy filmami, pierogami z lodówki i skarpetami z szafy. Od siebie nawzajem będziemy się uczyć świata i swoje świety sobą wzbogacać. A śmieszyć nas będą te same absurdy i bzdury. I tak dalej mówiłem i tego typu fikuśne myślokształty biegły w podskokach przeez mnie pprosto do Ciebie, a Ty się wtedy uśmiechnąłeś, czując je jak pulsują wokół Ciebie, akceptując tym wtedy, mówiąc im po prostu “tak”.
W ten sposób zostaliśmy przyjaciółmi.
Szczerze powiem, że kamień spadł mi z serca, bo do tamtej pory obawiałem się, że będziemy tylko tatą i tylko dzieckiem. A to mi raczej nie leżało. Nie lubię, po prostu określenia dziecko. Samo to słowo jest wszak rodzaju nijakiego. Podobnie jak drzewko, słonko, zwierzątko. A przecież człowiek, każdy każdy człowiek, posiada płeć. To jego niezmywalna cecha.. Kiedy takie nijakie “dziecko” nie ma płci, w sferze naszych myśli robi się jakoś mniej człowiekiem,a bardziej podpada pod jedną kategorię ze słonkiem i zwierzątkiem. I kiedy się tak o nim mówi/myśli… – od razu łatwiej z nim postępować jak z nie-całkiem człowiekiem, mała anomalią, i upierdliwym wybrykiem natury. A ja nie chciałem iść w ogóle tym tropem. Nie z Tobą.
Bo nie ważne czy umiesz mówić, czy uczysz się siadać i przewracasz przy tym, , czy może jeszcze nie widziałeś światła, czy potrafisz już sam zjeść albo zasnąć czy jeszcze niekoniecznie… Bez względu na którym etapie rozwoju jesteś, jesteś duszą, istotą, osobą, Życiem, takim, które trzeba kochać. Nie z góry, z dominacją zmieszaną z politowaniem, ale równo, jak druha, bratnią duszę, jak prawdziwego przyjaciela. I robić to mocno, naprawdę mocno. Od góry do dołu, cztery razy wokoło i jeszcze za uszami. Właśnie tak.
Tak Cię będę kochał Przyjacielu.
Rainman

