Posty otagowane anioły

Urodziny

Należy zacząć od tego, że posiadam cztery anioły stróże. Nazywają się John, Paul, George i Ringo, a każdy z nich przybiera nieco inną postać. Dokładnie ich opisać nie jestem w stanie, jako że nie kwapią się do ujawniania w trzech ziemskich wymiarach i obecność ich można zarejestrować jedynie za pomocą trzeciego oka. Nie do końca rozumiem, po co mi aż cztery astralne stwory takie, ale najwidoczniej mądrość kosmosu stwierdziła, że tyle mi się należy, albo że bez czterech sobie nie poradzę. Tak czy owak zawsze mogę komuś jednego pożyczyć.

Anioły te namawiały mnie od dawna bardzo dawna na wspólną imprezę. Tłumaczyłem, że przede wszystkim to czasu nie mam, a kiedy go trochę mam spełniam się na inne sposoby, które nie polegają na truciu siebie. Anioły nalegały i uparły się, że wyprawią mi w końcu urodziny że ho ho, bo od paru latek spędzam je z notatkami w garści z powodu zawieruchy co się sesją zowie i w końcu trzeba ten zaklęty krąg przełamać. No, się uparli. Nie zamierzałem ich słuchać, jako że prócz sesyi i związanego z nią przyswajania mądrości miałem wszakże inne zabawy jak słuchanie skarg i pretensji ludzi przez telefon za marne pieniądze oraz zabawy i harce z synkiem za fikuśne synkowe uśmiechy, a i żonką przytulańce ucieszne. Co mi tak wypełniało grafik, że prawie myłem zęby zmieniając skarpety, żeby się ze wszystkim wyrobić. A ze jeszcze grypę żołądkową niedawno przeleżałem wolałem żołądkowi dać na luz. Odmówiłem.

Wobec czego się aniołowie obrazili i poszli pić sami. A co!

Niestety zabrali ze sobą też dwa cherubinki Marcela (ich imion jeszcze nie poznałem, ale zaraz jak Marcel nauczy się mówić, spytam go o nie). No i od razu zaczęło się dziać.

Krótko po ósmej wieczorem, kiedy zasiadłem by w jedną nockę (na jutro) wchłonąć semestr wykładów z niepamiętam-już-czego i byłem tak przy piątym slajdzie, Marcelowaty nastąpił na zabawkę. Zabawka wyjechała mu spod stópki, wobec czego nasz chwat, który sztukę chodzenia niezupełnie jeszcze ogarniał, utracił całą równowagę i przywalił prosto w półeczkę obok. Rozciął sobie brew wokół lewego oka idealnie na pół. I podniósł alarm. Mama go raz dwa wzięła. Zawołała, ze potrzebny jej wacik z wodą. Hyc-myc jestem z wacikiem i widzę u Marcela oczu wytrzeszcz, twarz czerwona – w krwi już cała, w ustach krzyk zamiera, że już na mamę to wszystko leci i jedno w szoku bardziej od drugiego. Z wacika pożytek żaden, przykładam mu szybko pieluchę, a przez nią jeszcze szybciej przesiąkać zaczyna czerwona barwa. Po ścianach tańczą cienie, pod sufitem fruwają jakieś nietoperze, a w kątach palą się ognie, wokół których fikają diabełki. Zegar stanął na kilka sekund żeby sprawdzić czy wszystkie wskazówki są na swoi miejscu. Trwało to wszystko krótko jak trzepot skrzydeł motyla, albo może dwa trzepoty…

Kilka chwil później byłem piętro wyżej, gdzie mieszkają zaprzyjaźnione rodzinki. O tyle miła sprawa, że w esgiehowym królestwie szczurzego biegu na orientację, indywidualizmu i lansu, pomieszkuje obok ktoś prawie trochę jak my. I jest raźniej. Z góry ściągam tu takiego znajomka, co ma zaparkowany przed DSem samochód swój i pomoże jak może… U nas już spokój. Marcel już z weselejącymi oczkami, zaraz zapomni, że coś się w ogóle stało. Też byśmy zapomnieli gdyby nie ta jego zakrwawiona twarzyczka. I ta dziura w główce ciemna i niewesoła. Jedziemy biedaka zbadać.

Jesteśmy – co dziwne – niezwykle opanowani. Działamy sprawnie, mówimy wyraźnie, nikt nie upiera się przy swoim. Współpraca. Docieramy do całodobowej przychodni, gdzie niedawno wyganialiśmy grypę. Odgrodzona szybą znudzona pani zerka z okienka na Marcela i pyta, o co nam chodzi. Dostrzega dziurawą głowę i mówi, ze u nich nic się nie poradzi. Przegania nas do szpitala na Litewską.

Ładujemy się wszyscy jeszcze raz do auta. (dobrze, ze znajomek nie odjechał) i przemierzamy nocne ulice tej tu metropolii. Marcelek oszołomiony, wszystko mu jedno. W szpitalu nas już kolega zostawia, zakładamy foliowe kapcie i przycupujemy grzesznie poczekalni.. Czas jakiś nikt się nami nie interesuje, ale w końcu kobieta w bieli wygląda zza uchylonych drzwi i stwierdza, że z nami nic nie zrobi, bo normalnie to jest chirurg, ale dziś akurat go nie ma.. Ani chybi pech. Zaciąga nas do zabiegówki, myje Celowi buzię i pozbawia go aparycji małej ofiary konfliktów Trzeciego Świata. Synek znów jaśnieje nam jak słoneczko przykryte nieco chmurką elastycznego bandaża. Narazie jest zbyt zdezorientowany żeby go sobie ściągać. I wszystko fajnie, ale byliśmy już w dwóch punktach medycznych a dziura w głowie Marcela jak straszyła tak straszy. I robi się serio późno. Poinstruowani, gdzie najbliższy zszywacz naprawia zepsute dzieciaki, kierujemy się z poszkodowanym na Plac Zbawiciela. Jedno z magicznejszych miejsc w mieście, zwłaszcza w nocy Klimaty odrobinkę nierzeczywiste – przed chwilą wieczór mocna kawa, materiały, egzamin, pokój ciasny ale własny.. obecnie: noc, zimno, deszcz pokapuje, Marcel z rozbitą głową i wszyscy czekamy na tramwaj. Wystarczy mocniej dmuchnąć i dekorację tego teatrzyku poprzewracają się chyba.

A nad Placem Zbawiciela, od dachu do dachu wirują sobie nasze anioły, zamroczone i beztroskie…

Czytaj resztę wpisu »

Komentarze: (1) »