Posty otagowane historia

Oko cyklonu

Podobno w jednym z hinduskich języków Wawel oznacza „wyniosłość wśród mokradeł”. Dosłownie rzecz biorąc, taki mógł on kiedyś być, zwłaszcza kiedy Wisła miała nieuregulowany bieg i rozlewała się wokoło. Ale symbolicznie rzecz ujmując, w tamtej sferze kulturowej mamy figurę kwiatu lotosu, który zakwita na bagnach właśnie i swoim pięknem wybija się ponad marność z której wyrasta. W jodze najpopularniejszą pozycją jest właśnie lotos, w której adept łapie kontakt z transcendentem wychodząc poza świat który znał do tej pory. Wawel mógł być więc takim lotosem – świętym miejscem magii i mocy. Sporo przekazów dowodzi, że właśnie tam uwalnia się nadprzyrodzonej natury energia, niektórzy dowodzą nawet istnienia tam niezwykłego czakramu ziemi, których ma być na całym świecie tylko siedem. Pomijając całą tą ezoterykę, wydaje się, że miasto wyrosłe wokół tak silnie działającego na umysły punktu musi zyskać niezwykły charakter odzwierciedlony w jego atmosferze i tych wszystkich rzeczach, które są do wyłapania między wierszami.

Inne miasto, Londyn, znajduje się w miejscu gdzie w skale zatopiony został mityczny Excalibur, magiczny miecz podarowny przez pół-boską Panią Jeziora. Umieścił go tam sam Merlin, a wydostać go mógł ten, kogo przeznaczenie upatrzyło na króla Angli. Także wielu śmiałków próbowalo, ale miecz czekal cierpliwie na legendarnego Artura, który do Londinum osobiście przybył i Excalibur włanoręcznie wydobył. Po czym rzeczywiście został królem i to takim, kóry okrył się niesłychaną chwałą, robiąc co do niego należy – zaprowadzająć pokój i rozganaijąc wrogów – a na boku poszukując Świętego Graala, z nieznanym skutkiem. Chwałą okrył sie też sam Londyn i do tej pory coś z tej chwały tu i ówdzie pobrzmiewa. Miasto to pomimo całej noweczesności, zachowuje swoją dostojnosć i mocny kościec oparty kto wie czy nie na owej merlinowskiej skale właśnie.

Albo też Rzym. Ulokowany właśnie tam, gdzie mityczna wilczyca wyległa na brzeg Tybru celem pochwycenia i wykarmienia dwóch bliźniąt z których jeden, gdy podrósł i zmężniał, akurat w tym samym miesjcu wmurował fundamenty pod swoją siedzibę, która stała się domem królów, konsuli, cesarzy i papieży, a przez spory szmat czasu pępkiem swiata, sercem tutejszej cywilizacji. Po dzisieszy dzień zwana jest Wiecznym Miastem, co rozkochuje w sobie gromadnie ściągajacych turystów i pielgrzymów.

Także dobra legenda i garść mistycznej energii posiana w glebie, na której wschodzi nowe miasto robi mu całkiem dobrze, oraz zapewnia pozycję w gronie miejsc co trzymają fason.Tymczasem istnieje sobie też inna kategoria mieścin powstałych trochę na wariata i z przypadku, jak choćby Nowy Jork, rozrastający się z Manchattanu odkupionego od miescowych Indian za kilka lusterek. Sami przyznacie, że nie brzmi to legendarnie ani doniośle. Magiczna aura nie ma miała się do tego podczepić wobec czego NY wytworzył swój własny klimat, miasta szalonego, nieprzewidywalnego, krzyrzówki gustów i kultur. („in New York freedom looks like too many choices”)

Podobnie ma się rzecz z Warszawą. Czytaj resztę wpisu »

Skomentuj »

Wczoraj i Dziś

Czasem można spróbować wgryźć się głębiej w tkankę tego miasta, przez kolorowe płachty reklam poczuć szarobrudny tynk, pod nim ślady kul z Powstania (nieraz już takie widziałem) a jeszcze głębiej do czerwonej cegły wypalonej w wielkich piecach. Albo wpatrzeć przebijające spod czarnej nawierzchni ulicy stare tory tramwajowe, z zapomnianej i dawno trasy, po ulicach kiedyś głównych, co teraz są boczne albo i ślepe; być może nawet tramwaj, co po nich pomykał był elektryczny, tylko z poprzedniej epoki, napędzany przez czworokopytnego zwierza. Może nie toczył się po asfalcie, jeno po starszym patencie, co kryje się głębiej czyli po bruku. Bruk wszak zniknął z ulic miast niedawno wcale jeszcze, gdy cesarze zorientowali się, że doskonale sprawdza się w ulicznych rewolucjach i sypaniu barykad – asfalt miał być od niego bezpieczniejszy. Od bruku zaczyna się i zresztą bieg dziejów tego tu miasta. W zamierzchłych wiekach wybrukowano bowiem wąwóz, który dzisiaj jest ulicą Agrykola przy Łazienkach, a wówczas był jedynym sensownym podejściem pod skarpę wiślaną. Z uwagi na swą stromiznę wzmocniony został kamieniami, zyskał przez to na popularności, wiódł teraz przez niego szlak karawan ze wschodu na zachód i z północy na południe. Na karawany z grzbietów wąwozu czaili się janosiki i insze zbóje wyglądający łatwego łupu, toteż miejscowi książęta umyślili szlak handlowy chronić i pobudowali tuż obok warownię Jazdów.. Z dzisiejszym zamkiem Ujazdowskim ma ona mało wspólnego poza nazwą i malowniczym położeniem. Zrobiło się więc bezpiecznie, handelek kwitł. Krótko potem jednak Jazdów najechali i spalili wojowniczy sąsiedzi z Północy, wobec czego włodarze tych ziem umyślili postawić coś solidniejszego np. zamek z miastem, naokoło tego fortyfikacje i wszystko w lepszym trochę punkcie. Od zamysłów przeszli do czynów i tym sposobem nad brzegiem rzeki wyrosła Warszawa.

Z jednej strony włócząc po ulicach i wgryzając się głębiej w ich strukturę zauważamy, że z początku miastu nie wiodło się specjalnie świetnie. Inne metropolie mogły sobie zagwarantować, że wszyscy przemierzający tą trasą kupcy zawiną do miasta i wystawią na rynku swoje towary. Był to tak zwany przymus drogowy. Warszawa takiego przymusu nie miała, wobec czego kupcy jadący tu z południa wydeptali drogę, którą mogli miasto ominąć, ta droga zaczyna się na Placu Trzech Krzyży i jest ulicą Bracką, a potem Szpitalną…Inne znaki wskazują, że z czasem jednak rozwój szedł coraz bardziej spektakularnie. Dowodem ratusz, który pierwotnie umiejscowiony był – jak zwykle z średniowiecznych miastach – na głównym rynku. Handel jednak szedł tak dobrze, że przeniesiono go hen hen, coby miejsca na biznesy nie zabierał, także dzisiaj ze Starówki na metro Ratusz Arsenał idzie się ładny kawałek. Biznesy skądinąd kwitły i owocowały tak, że nie skończyło się na powiększeniu najważniejszego w mieście rynku. Tam wszakże wystawiać mogli tylko zrzeszeni w cechach rzemieślnicy i handlarze, co dyktowali swoje ceny zaporowe i bronili dostępu do klienta niezrzeszonym, czyli partaczom. Ci ostatni wykoncypowali lukę w owym monopolu. Otóż obowiązywał on tylko do bram miasta. Wystarczyło nieopodal postawić swój ryneczek i tam mogli handlować wszyscy i tam już było taniej (coś jak dzisiaj wypad do marketu na rogatkach). W tempie grzybów po deszczu, przynajmniej z historycznego punktu widzenia, wyrosły wokół Warszawy jurydyki, czyli takie alternatywne (wolne) rynki otoczone rzędem kamienic. Ślady po nich kryją się w dzisiejszych zapomnianych trochę placach i ulicach: Mariensztat, pl.Grzybwski, Leszno, Tłomackie, Bielino, czyli dzisiejszy pl. Dąbrowskiego. Ta ostania zresztą złożona była z dwóch kawałków. Zaraz napiszę, co wyszło z ich łącznia.

Tymczasem jednak okazało się, ze na skutek zawieruch wojennych do miasta przypętała się zaraza niewiadomo skąd, no epidemia prawdziwa. A w ramach walki z nią przedsięwzięto budowę wału obronnego, który ogarnąłby miasto wraz z przyległymi jurydykami i odgrodził zdrowych, od tych, co na zarazę pomarli. Padła decyzja, żeby zmarłych chować za obronnym szańcem – obecnie za nazwaną od niego ulicą Okopową – czyli nieopodal wsi Powązki. Tym sposobem dzisiaj mamy tam Cmentarz Powązkowski.. Kombinowano, jak duży obszar zamknąć owym umocnionym wałem, a w kombinacje włączył się król sam ostatni nasz August Stanisław. Nalegał, by miasto przy tej okazji zagarnęło park w Łazienkach, który sobie bardzo upodobał i na wzór antyczny śmiało urządzał.. Tak też się stało i granica ówczesnej stolicy wyciągała się na południe podążając ulicą , Towarową, Koszykową i Polną, a rejon który zakreśla ten pokrywa się teraz jak ulał z obecną gęsto zabudowaną dzielnicą Śródmieście. Przy czym w owym czasie w sąsiedztwie niezwykłego po dziś dzień parku, gdzie wśród ruinek spacerują indyjskie pawie, a czas zaplątał się w supeł, w granicach miasta znalazły się mało urokliwe pola i ugory. By jakoś to ogarnąć, król rozpoczął budowę okrągłych placów, o gwiaździście rozchodzących się od nich ulicach. Zdążył zrobićtrzy: pl. Unii Lubelskiej, pl. Zbawiciela, i Pl. Na Rozdrożu. Z satelity wygląda to świetnie, czasem nawet tą część miasta nazywa się ze względu na układ ulic małym Paryżem. Może gdyby król wkrótce potem na skutek działań najeźdźców nie przestał być królem, a Polska Polską, budowa poszłaby dalej i Paryż nazywałby się małą Warszawą. Tak czy owak wynikła też inna sprawa: w nowych granicach Starówka i Trakt Królewski znalazły się trochę na uboczu. Tymczasem marszałek Bieliński, ostatni marszałek wielki koronny, zarządca wspomnianej Jurydyki Bielino spinał jej dwa skrawki, główny zlokalizowany przy Ogrodzie Saskim z innym położnym przy dzisiejszej ul. Wilczej. Poprowadził tam szeroką na 26 metrów arterię, którą potem – wbrew pierwotnym planom – pociągnął jeszcze dalej, także wpisała się z królewski system gwiaździstych ulic, przecinając pl. Zbawiciela, i wybiegając z miasta przez rogatki na pl. Unii Lubelskiej. Największy ten trakt, jaki miasto widziało, nazwano z uwagi na urząd pomysłodawcy – ulicą Marszałkowską. Niebawem miała zogniskować życie mieszkańców miasta, stając się jego nowym centrum.

dscn92171

Kościół na Placu Zbawiciela, ulica Marszałkowska; całkiem niedaleko od nas :)

W historii tej zamierzchłej pojawiamy się nagle my. Otóż ciąg nieprzewidzianych zdarzeń sprawił, ze za dzień za dwa, my też zamieszkamy na Marszałkowskiej. W kamienicy studni, z Matką Boską i z trzepakiem. Od jutra to my piszemy jej historię. I zapraszamy do nas i do wspólnego pisania :)

Grzesiek – 30.10.2008

Komentarze (5) »

Ładna historia

Zawsze byłam nieufna  w stosunku do historii wykładanej w szkołach i na uczelniach. Nie potrafiłam tego sprecyzować. Niedawno przeczytałam opinię, która nazwała  przyczynę mojego sceptyzycmu w tejże sprawie.

,,Osho ostrzegał przed wiedzą historyczną. Uważał, że historia pamięta jedynie o podżegaczach wojennych, że uczy o sporach i intrygach.

KIEDY ŻYCIE PRZEBIEGA SPOKOJNIE, HISTORIA MILCZY.”

,, W książkach do nauki historii na próżno szukalibyście nazwisk ludzi, takich jak Lao Cy, Chuang Tzu, Lieh Cy, natomiast pełno w nich informacji o ludziach pokroju Dżyngis Chana, Tamerlana, Aleksandra Wielkiego, Napoleona czy Hitlera?

Historia nie zapamiętuje oświeconych, toteż gdy słyszymy o Buddzie, Mahavirze czy Zaratustrze, wydaje się, że to postacie legendarne. A to przecież oni byli prawdziwi. Byli tak prawdziwi, ze ślad po nich zaginął.” Osho

Tymczasem słońce tutaj…

Skomentuj »

Kriti: Ruiny

Takie chodzenie sobie po ruinach noszących ślady minionej przeszłości bywa zajęciem wymagającym, ale i dla wymagających. Klimatyczne pozostałości po dawnym czasie robią za swego rodzaju trampolinę do pełnych piruetów i meandrów historii skoków w otchłań czasu. Albo za odręczny szkic, na którym kolory, kształty i perspektywy dziejowe domalowuje wyobraźnia. Do takich akrobacji intelektualnych należy być porządnie przygotowanym – wypada trochę poczytać, w źródłach pogrzebać, otworzyć szeroko zmysły i nakręcić fantazję. Oraz wymagać od ruin tego samego. Ruiny winny delikatnie zarysowywać scenerię, inspirować, przyciągać…

Przed przybyciem na Kretę podciągnąłem się nieco z wiedzy o jej przeszłości. Odświeżyłem historie o królach , piratach , imperatorach, filozofach, Deadlach i Ikarach, Tezeuszach, Minotaurach i pomniejszych kreaturach zaludniających jej pół-mityczne początki. Czytaj resztę wpisu »

Komentarze (2) »

,,Posłuchaj Pan, Panie Podróżny, co się zdarzyło na Próżnej”.

Synagoga.
Koncert szabatowych melodii chasydzkich i pieśni śpiewanych przy szabatowym stole.
Kultura żydowska przemawiała do mnie od dawien, dawien- dlatego pojawiłam się tutaj.
Przed światynią policja. Koncert Rabina prowokacją dla skina…
Wsłuchuję się w te melodie sprzed wieków, lecz nie trafiają do mnie. Wydają się być niczym Bóg ze Starego Testamentu. Surowe nazbyt, srogie. Słucham z ciekawością, słucham z szacunkiem; ale opuszczam to miejsce -szczerze- przed zakończeniem występu .
Wracam ulicą Próżną, ulicą zaklętą.
Czas zatrzymał się tam już w czasie wojny . Czuję ; jakbym znalazła się na starej, warszawskiej pocztówce . Czerwona cegła . Sepia . Jaśmin . Cisza. Czar.
Kamienice, a ściany tych kamienic odarte z tynku przez burzliwe dzieje. Nieład historyczno- artystyczny przypominający szkic. W oknach dawnych, opuszczonych mieszkań żydowskich umieszczono fotografie ludzi, których zabrał holokaust.Tytuł wystawy : „I ciągle widzę ich twarze”…
Twarze.
Dzieci, kobiet, mężczyzn. Przejęte, godne, pozujące, kochające, ufne, blade lub namiętne. Panie z dziwacznymi wózkami, nonszalanccy panowie,dziewczynki z imponującymi kokardami, a : ,,oczy tej małej, jak dwa błękity”…
Patrzą z okien na mnie te Dusze w czasach mniej lekkich od naszych zmaterializowane. Patrzą…

Zatrzymuję się w Cafe Próżna mieszczącej się w jednym z tych budynków.
Piję harbatę z imbirem i utrzymując klimat zaczytuję się w dzienniki Elly – żydowskiej dziewczyny -stworzone w czasie wojny. Pisze w nich, że łamie swoje ciało jak chleb i rozdaje je ludziom oraz , że absolutnie rozstania z życiem się nie lęka. Życie w niej iskrzyło się, spełniało już dnia każdego intensywnie i jak opisywała -nie przejmowała się, czy istnieć będzie kilka lat mniej czy więcej. Mądrości przeze mnie też odkryte w teorii znakomicie z tą różnicą, że u niej również w praktyce… Szalenie, odważnie i dobrowolnie dała się wywieźć z rodzicami do obozu. Jeśli oni-to ona też. Wolność prawdziwa, wewnętrzna i nieprzywiązanie do rzeczy nietwałych. Miłowanie tego, co wieczne…
Nasze czasy rozleniwiają nas-tak myślę.Wygodny fotel, pomarańcze w każdym sklepie, komórki, laptopy i inne zabawki. Mamy niby tak łatwo, ale dlaczego tak wysoką rozwiniętą świadomość jak u tejże młodej dziewczyny spotyka się tak rzadko? …
Ulica Próżna -Ulica Zaklęta. Namawiam Was do pojawienia się tam i tym samym do podróży w czasie, w przeszłość…

Kasia

Komentarze (2) »