Czasem można spróbować wgryźć się głębiej w tkankę tego miasta, przez kolorowe płachty reklam poczuć szarobrudny tynk, pod nim ślady kul z Powstania (nieraz już takie widziałem) a jeszcze głębiej do czerwonej cegły wypalonej w wielkich piecach. Albo wpatrzeć przebijające spod czarnej nawierzchni ulicy stare tory tramwajowe, z zapomnianej i dawno trasy, po ulicach kiedyś głównych, co teraz są boczne albo i ślepe; być może nawet tramwaj, co po nich pomykał był elektryczny, tylko z poprzedniej epoki, napędzany przez czworokopytnego zwierza. Może nie toczył się po asfalcie, jeno po starszym patencie, co kryje się głębiej czyli po bruku. Bruk wszak zniknął z ulic miast niedawno wcale jeszcze, gdy cesarze zorientowali się, że doskonale sprawdza się w ulicznych rewolucjach i sypaniu barykad – asfalt miał być od niego bezpieczniejszy. Od bruku zaczyna się i zresztą bieg dziejów tego tu miasta. W zamierzchłych wiekach wybrukowano bowiem wąwóz, który dzisiaj jest ulicą Agrykola przy Łazienkach, a wówczas był jedynym sensownym podejściem pod skarpę wiślaną. Z uwagi na swą stromiznę wzmocniony został kamieniami, zyskał przez to na popularności, wiódł teraz przez niego szlak karawan ze wschodu na zachód i z północy na południe. Na karawany z grzbietów wąwozu czaili się janosiki i insze zbóje wyglądający łatwego łupu, toteż miejscowi książęta umyślili szlak handlowy chronić i pobudowali tuż obok warownię Jazdów.. Z dzisiejszym zamkiem Ujazdowskim ma ona mało wspólnego poza nazwą i malowniczym położeniem. Zrobiło się więc bezpiecznie, handelek kwitł. Krótko potem jednak Jazdów najechali i spalili wojowniczy sąsiedzi z Północy, wobec czego włodarze tych ziem umyślili postawić coś solidniejszego np. zamek z miastem, naokoło tego fortyfikacje i wszystko w lepszym trochę punkcie. Od zamysłów przeszli do czynów i tym sposobem nad brzegiem rzeki wyrosła Warszawa.
Z jednej strony włócząc po ulicach i wgryzając się głębiej w ich strukturę zauważamy, że z początku miastu nie wiodło się specjalnie świetnie. Inne metropolie mogły sobie zagwarantować, że wszyscy przemierzający tą trasą kupcy zawiną do miasta i wystawią na rynku swoje towary. Był to tak zwany przymus drogowy. Warszawa takiego przymusu nie miała, wobec czego kupcy jadący tu z południa wydeptali drogę, którą mogli miasto ominąć, ta droga zaczyna się na Placu Trzech Krzyży i jest ulicą Bracką, a potem Szpitalną…Inne znaki wskazują, że z czasem jednak rozwój szedł coraz bardziej spektakularnie. Dowodem ratusz, który pierwotnie umiejscowiony był – jak zwykle z średniowiecznych miastach – na głównym rynku. Handel jednak szedł tak dobrze, że przeniesiono go hen hen, coby miejsca na biznesy nie zabierał, także dzisiaj ze Starówki na metro Ratusz Arsenał idzie się ładny kawałek. Biznesy skądinąd kwitły i owocowały tak, że nie skończyło się na powiększeniu najważniejszego w mieście rynku. Tam wszakże wystawiać mogli tylko zrzeszeni w cechach rzemieślnicy i handlarze, co dyktowali swoje ceny zaporowe i bronili dostępu do klienta niezrzeszonym, czyli partaczom. Ci ostatni wykoncypowali lukę w owym monopolu. Otóż obowiązywał on tylko do bram miasta. Wystarczyło nieopodal postawić swój ryneczek i tam mogli handlować wszyscy i tam już było taniej (coś jak dzisiaj wypad do marketu na rogatkach). W tempie grzybów po deszczu, przynajmniej z historycznego punktu widzenia, wyrosły wokół Warszawy jurydyki, czyli takie alternatywne (wolne) rynki otoczone rzędem kamienic. Ślady po nich kryją się w dzisiejszych zapomnianych trochę placach i ulicach: Mariensztat, pl.Grzybwski, Leszno, Tłomackie, Bielino, czyli dzisiejszy pl. Dąbrowskiego. Ta ostania zresztą złożona była z dwóch kawałków. Zaraz napiszę, co wyszło z ich łącznia.
Tymczasem jednak okazało się, ze na skutek zawieruch wojennych do miasta przypętała się zaraza niewiadomo skąd, no epidemia prawdziwa. A w ramach walki z nią przedsięwzięto budowę wału obronnego, który ogarnąłby miasto wraz z przyległymi jurydykami i odgrodził zdrowych, od tych, co na zarazę pomarli. Padła decyzja, żeby zmarłych chować za obronnym szańcem – obecnie za nazwaną od niego ulicą Okopową – czyli nieopodal wsi Powązki. Tym sposobem dzisiaj mamy tam Cmentarz Powązkowski.. Kombinowano, jak duży obszar zamknąć owym umocnionym wałem, a w kombinacje włączył się król sam ostatni nasz August Stanisław. Nalegał, by miasto przy tej okazji zagarnęło park w Łazienkach, który sobie bardzo upodobał i na wzór antyczny śmiało urządzał.. Tak też się stało i granica ówczesnej stolicy wyciągała się na południe podążając ulicą , Towarową, Koszykową i Polną, a rejon który zakreśla ten pokrywa się teraz jak ulał z obecną gęsto zabudowaną dzielnicą Śródmieście. Przy czym w owym czasie w sąsiedztwie niezwykłego po dziś dzień parku, gdzie wśród ruinek spacerują indyjskie pawie, a czas zaplątał się w supeł, w granicach miasta znalazły się mało urokliwe pola i ugory. By jakoś to ogarnąć, król rozpoczął budowę okrągłych placów, o gwiaździście rozchodzących się od nich ulicach. Zdążył zrobićtrzy: pl. Unii Lubelskiej, pl. Zbawiciela, i Pl. Na Rozdrożu. Z satelity wygląda to świetnie, czasem nawet tą część miasta nazywa się ze względu na układ ulic małym Paryżem. Może gdyby król wkrótce potem na skutek działań najeźdźców nie przestał być królem, a Polska Polską, budowa poszłaby dalej i Paryż nazywałby się małą Warszawą. Tak czy owak wynikła też inna sprawa: w nowych granicach Starówka i Trakt Królewski znalazły się trochę na uboczu. Tymczasem marszałek Bieliński, ostatni marszałek wielki koronny, zarządca wspomnianej Jurydyki Bielino spinał jej dwa skrawki, główny zlokalizowany przy Ogrodzie Saskim z innym położnym przy dzisiejszej ul. Wilczej. Poprowadził tam szeroką na 26 metrów arterię, którą potem – wbrew pierwotnym planom – pociągnął jeszcze dalej, także wpisała się z królewski system gwiaździstych ulic, przecinając pl. Zbawiciela, i wybiegając z miasta przez rogatki na pl. Unii Lubelskiej. Największy ten trakt, jaki miasto widziało, nazwano z uwagi na urząd pomysłodawcy – ulicą Marszałkowską. Niebawem miała zogniskować życie mieszkańców miasta, stając się jego nowym centrum.

Kościół na Placu Zbawiciela, ulica Marszałkowska; całkiem niedaleko od nas :)
W historii tej zamierzchłej pojawiamy się nagle my. Otóż ciąg nieprzewidzianych zdarzeń sprawił, ze za dzień za dwa, my też zamieszkamy na Marszałkowskiej. W kamienicy studni, z Matką Boską i z trzepakiem. Od jutra to my piszemy jej historię. I zapraszamy do nas i do wspólnego pisania :)
Grzesiek – 30.10.2008