Działo się to pewnego błogiego dnia letniego.
Wędrowaliśmy leniwie kilka kilometrów za pielgrzymami odurzając się korzennymi kadzidłami patchouli. Mozaika doznań: intensywny zapach eterycznych olejków, spowolniony rytm kroków , słońce gorejące… Oprócz tego noc poprzednia nieprzespana a wytańczona tańcem ognistym przy dżwiękach bongosów i słowach pogańskiej pieśni:
,, Ziemia moim Ciałem, Woda moja Krwią, Powietrze mym Oddechem, Ogień Siłą mą. JESTEŚMY JEDNYM NIESKOŃCZONYM SŁOŃCEM . Na zawsze ! ”
Tak wędrując zawędrowaliśmy w odmienny stan świadomości.
Umysły nasze wnikliwe jak zwykle próbowały nas oddzielić od Tu i Teraz. Poddawaliśmy się temu.Nie szkodzi, nie szkodzi…
Ukazał nam się wykwintny dom; zapewne pełen wygód. Dom dumnie stojący i rozdielony od nas ogrodzeniem- metalowym, ciężkim, nie zapraszającym do wspólnej zabawy. Obok niego mnożyły sie chaty. Może nie równie monumentalne, ale podobnie poodgradzane. Ten nadzwyczaj codzienny obrazek nadzwyczajnie nas poruszył.
Przeżyliśmy zbiorowy i zarazem dogłębny smutek, ponieważ uświadomiliśmy sobie metaforę czasów i przestrzeni w jakiej się znajdujemy. Jakże zamknięte muszą być serca, które oddzielają sie od siebie wysokimi nieżywopłotami i jakie mieszkańcy tych zabarykadowanych domów muszą mieć niskie poczucie bezpieczeństwa, brak zaufania do Życia.
Wspomnienie owe, zamglone nawiedziło mnie, kiedy czytałam ,,Heban” Ryszarda Kapuścińskiego, a w nim opis afrykańskiej wsi Abdallah Wallo.
,, W czasie (…) obchodu wsi widzi się , że w tradycji i wyobrażeniu jej mieszkańców
nie istnieje pojęcie przestrzeni podzielonej, zróżnicowanej, segmentowanej. W całej wsi nie ma płotów, parkanów czy drutów, nie ma grodzeń, siatek, rowów ni miedz. Przestrzeń jest jedna, wspólna, otwarta, nawet przezroczysta; nie ma w niej rozwieszonych kurtyn, wzniesionych barier, zaporów i murów, nikomu nie stwarza ona ograniczeń, nie stawia oporu.”
Tak. Chciałoby się tak czasem : ciało do ciała ; blisko, blisko…
Wszak jesteśmy jednym nieskończonym słońcem.