Posty otagowane wspomnienia

Celebracje… Gwendalen.

Kiedy zawędrowaliśmy do wioski hippisów oczom mym ukazała się postać siedmioletniej dziewczynki przyodzianej jakby w szaty małej indianki czy cyganki o śniadej cerze i pięknych, długich acz rozczochranych włosach. Ona stała przy studni i maleńkimi rączkami ciągnęła za sznur, który przekazywał jej archaiczne wiadro z wodą. Zapamiętałam jej odbicie w zwierciadle na dnie … Celebrowałam je. Jak masz na imię? – zapytałam. ,,Gwendalen ”- odpowiedziała.  Zachwyciła mnie – a moc tego momentu była podkreślona emfazą zachodzącego słońca.

Ona miała   duże i mądre  oczy. Intrygowała  głębią spojrzenia. Dojrzałego i jednocześnie niewinnego. Jeśli istnieją dzieci indygo albo kryształowe. Tak… To właśnie Gwendalen. Później obserwowałam ją, kiedy  się bawiła lub opiekowała młodszym rodzeństwem.Miała nieprzeciętną aurę. Dowiedziałam się, że mieszka w chatce pośród   spokojnej dzikości gór i że mówi czterema językami. Tyle językami ludzi, ile eteryczną ,,mową” aniołów- nie wiem…

Gwendalen jawiła mi się jako prawdziwe Dziecko Natury- nie zanieczyszczone znerwicowaną cywilizacją. Piękne i ważne było to spotkanie nasze przy studni.

Komentarze (2) »

Trójkąt

Mniej więcej trzy lata temu nasz świat zaczął mieć trzy strony i trzy bieguny. Pojawiłeś się wtedy jako nowy trzeci wierzchołek przemodelowując gruntownie znaną do tej pory geografię. Była zima podobna jak teraz, trochę bardziej mroźna, za to bez śniegu. Szedłem przez park, szybkim krokiem zmierzając w stronę największych z możliwych wyzwań – jak mi się wtedy zdawało – czyli kilku pilnych i intelektualnie wysmakowanych egzaminów, kiedy przez telefon bliski jak nigdy głos powiedział mi, że dwa testy z rzędu dały wynik pozytywny, co bez wątpienia oznacza, że wkrótce będziesz wśród nas. Że jesteś w drodze już. Zdaje mi się, że nie przestałem wtedy dreptać przed siebie, chociaż w sumie powinienem usiąść i dać myślom ochłonąć, ale tamte niby wyzwania w stronę których szedłem co mnie miały prawie przerastać, przestały cokolwiek znaczyć. Nasz świat stał się trójkątny, a one leżały już się poza nim. Jak większość rzeczy. Jak prawie cała reszta.

Są dwa sposoby określenia kiedy zaczyna się nowy człowiek, a razem z nim zaczyna się jego mama i tata. Oba błędne zresztą. Najpopularniejszy określa ten moment w chwili, kiedy małe oczka pierwszy raz zobaczą światło, płuca wchłoną pierwszy haust powierza i z jego pomocą na zewnątrz z gardła popłynie pierwszy krzyk. Alternatywna metoda cofa się od tej chwili o umowne 9 miesięcy, gdy dwie komórki z dwóch ciał łączą się w jedną na dobre i na złe. Jednak przyszłym rodzicom stwierdzenie tego faktu zabiera kilka tygodni, dlatego o tyle krócej trwa ich mentalna ciąża. Zostaje im jakieś 7 miesięcy na przygotowanie się do całkiem nowych i (jeśli to pierwsze dziecko) nieznany warunków.

syn00011

Trzy lata temu właśnie tyle dostaliśmy. Czytaj resztę wpisu »

Komentarze (2) »

Różne Drogi [3]

Relacji kawałek trzeci, a drugi jeśli liczyć tylko słowami pisane, zacznie się od końca dnia pielgrzymowania. Oto bowiem zmierzając Różnymi Drogami do mety kolejnego etapu uduchowione grono dociera pod kościółek, spod którego kieruje się na noclegi u gościnnych gospodarzy tudzież w szkołach, co w okresie wakacyjnym pustawe bywają. I wydawałoby się, że po trudzie całodziennym nic innego nie zostaje jak zmyć kurz ze stóp i posiliwszy usnąć, głęboko, regenerując siły. Tymczasem wcale nie. Na godzinę 21 (prawie) wszyscy są z powrotem pod kościółkiem i niespiesznie się w jego wnętrzu rozsiadają. Wnętrza owego nie rozświetla blask jarzeniówek. Za to w klimatycznym mroku zachęcająco migoczą pojedyncze płomyki. Nie przytłaczają też elektrycznie wspomagane organy. W głębi brzdąka akustyczna gitara, której wtóruje ręcznej roboty djembe i od czasu do czasu towarzyszy flet. Kościół opanowali hipisi.

h31

Czytaj resztę wpisu »

Komentarze: (1) »

Różne Drogi [2 - obrazkowo]

Za mna, za mną  czytelniku… Zanim ukaże się relacji część finalna, bogata w refleksje i insze filozofie, prezentujemy taką oto wkładkę wizualną.  Łatwo bowiem  idzie spostrzec, że wszelakie mniejszości oraz subkultury to sprawa szalenia fotogeniczna, atrakcyjna zarówno dla oka obseratora jak i migawki aparatu. Nasz aprat podpatrywanej grupie nie przepuścił i  utrwalił ją przy parunastu okazjach.  Pechowo jednak jego właściciele nie spamiętali zabrać ze sobą w drogę ładowarki do odnawiania jego duszo-kradnącej mocy, wobec czego sprzęt był użyteczny tylko przez dwa pierwsze dni. Ale co zarejestrował z tych kolorów niebywałych to jego – no i nasze. A teraz także Wasze.  Zapraszam :)

p01

Relaksująca msza polowa z poprzedniego odcinka

p05

Flag i sztandarów było sporo ale tylko ta para z Czech odważyła sie nieść swoją przez całą drogę

p03

Kasia w stroju z epoki prowadzi wózku Marcela w nieznane i spotyka takich samych szaleńców :)

Czytaj resztę wpisu »

Komentarze: (1) »

Różne Drogi [1]

Coby zgrać swoje pisanie z tym z letniego wpisu Kasiowego przywołam falę wspomnień dość jeszcze wyraźnych bo zeszłorocznych z tej samej historii czyli Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg potocznie pielgrzymką hipisów przezywaną. Roku ubiegłego zdarzyło się bowiem tak, że nasza droga życiowa z trasą tejże pielgrzymki  zbiegły się i podążały razem przez dni parę. Roku ubiegłego nie było żadne z nas zawodowo aktywne, czasu do dyspozycji było też więcej odrobinę, przepłynął on sobie ten czas letni z sielską powolnością przez moje miasteczko rodzinne w sercu samym Mazur skryte i tylko Marcel na przekór niemu rósł, zmieniał się i rozwijał. wtedy to wymyśliliśmy pokazać mu już trochę cudów nie całkiem z tego świata i okazji ku temu wyglądaliśmy…

A zdarzyło się roku ubiegłego tak, ze pielgrzymi różnych dróg, którzy od lat trzydziestu do Częstochowy zmierzają, za początek trasy co rok inne miejsce obierając, ruszyli z niedaleka a nawet bardzo bliska. A my – szaleni trochę ludzie – wyciągnęliśmy z piwnicy stary wózek Cela z dużymi kołami na trudny teren i uznając, że raz się tylko żyje , pojechaliśmy tam.

h0

Czytaj resztę wpisu »

Skomentuj »

Niech się dzieje Wola Nieba…

Idziemy z Marcepanem powoli przez Mokotów. Za nami pan w kapeluszu kroczy; głośno przy tym jazzując. Bawi się głosem. Namiętnie i czule.
Lubię takie dziwaczne obrazki, a że przyciągam tak wykwintne postacie – trochę się widziało scen podobnych.

Wspomnienia.
Działo się to w liceum. Znałam ze szkoły takiego aktora. Zawsze siadał na żółtych barierkach Pks Piła i głośno coś deklamował, rozważał. Myślał mówiąc. Do siebie. Śpiewał też. Miał szalik na kilka kilometrów.
Związał się z taką Karoliną. Kiedyś się posprzeczali. Przyniósł jej owoc jabłoni z napisem :,, Jabłko niezgody” i dalej : ,,Odwieśmy to jabłko spowrotem na drzewo…”
Być normalnym może znaczyć dla mnie być naturalnym. Niestłumionym…

Jeszcze jedna scena na scenie wspomnień, może i nawet niezwiązana…. Szedł kiedyś jakiś wojak; a my z dziewczynami za nim, gęsiego. Jak on się odwracał – naśladowałyśmy każdy ruch. Teatr uliczny. Teatr absurdu.Teatr lustro. My długo tak za nim dosłownie krok w krok…

Dzisiaj rozwaliło mi kanapę; rozwaliło. Właściwie jakbyśmy mieli z Marcelem na niej spać- byłoby to łoże bujane. Męska ręka na weselu się weseli a arcycudnej rady mieszkańców, która nam taki mebel nietrzeźwy zafundowała – brak.
Dziecko moje nie ma na czym spać, więc pytam studenta napotkanego; czy posiada może legowisko dodatkowe. On mi na to odpowiada; że zdrowo jest spać na twardym podłożu i podświadomie chyba tego chciał. Przyniósł więc nam do pokoju swój własny, prywatny materacyk.. Chrystus SGH, który farbuje włosy na czarno. Jest uzależniony od słuchania muzyki; atrybut wieczny – słuchawki. Ocalił nas.
Dostaliśmy pokój mini-mini i pogodziłam się z tym po trzech dniach dopiero.
Trzy dni za późno.

Kasia

Komentarze: (1) »

Dziadku , drogi dziadku…

Mój Dziadek opuścił swoje Ciało…

Ostatnio mówił, że jak przyjedziemy w wakacje to kupi prawnuczkowi rowerek i że Marcel będzie jeździł na nim dookoła niego… Dał też swoje szelki dla Grzesia. “Może mu sie przydadzą.” – powiedział. Jak zawsze- troskliwy, hojny, opiekuńczy… Kiedyś, dawno temu jedliśmy z Przemem i Rafim arbuza w parku- tamten owoc dał mi właśnie mój przodek czuły.

On ciągle Jest. W krwi mojej i krwi Marcelka. Kiedy pierwszy raz spędzałam wigilię oddzielnie; dziadek popłakał się, rozczulił z powodu mojej fizycznej nieobecności z nimi. Dziwnie tak, bez niego…. Od świtu mego narodzenia był przecież stabilnie, skaliście.

Wierzę, że Błogo jest jego Duszy – gdziekolwiek Ona Jest i w jakimkolwiek stanie. Szkoda mi tego głosu, tych oczu, tego właśnie Ciała poruszanego i natchnionego Życiem, ale to tylko ciało niestety…
Kocham Cię ponad to wszystko Dziadku, Drogi Dziadku…

,,Już nigdy nie będzie takiego lata…”

Skomentuj »

Przyjaciel

Właściwie to poznaliśmy się przez internet :)

Kiedy dobiegał już końca mój pobyt na wyspie małych palm, wrzosowisk i celtyckich kościółków zawitałem do kafejki internetowej , gdzie na koncie poczty elektronicznej znalazłem Twoje zdjęcia. Otwierałem je z niemałym wzruszeniem i z niecierpliwością, byłem strasznie ciekaw tego, jak wyglądasz. Fotografie przedstawiały Ciebie śpiącego, takim głębokim, pierwotnym, na wskroś czystym snem. Nie pozwalały więc wyczytać wiele z Twojej twarzy, poza chyba jednym. Że tutaj Jesteś.

Parę dni później byłem już w domu, u Ciebie. Pamiętam, że gdy stanąłem w progu, spałeś, zupełnie jak na tych zdjęciach, ale wydaje mi się, że też krótko potem zbudzieś się. Narzuciło mi sie od razu takie wrażenie, że przybyłeś prosto z dalekiego wszechświata, z tej iskrzącej się nieskończoności, że w dużej części wciąż tam jesteś i będziesz lądował u nas na Ziemi delikatnie i bardzo powoli. Wziąłem Cię zaraz na ręce niewprawione, nieporadne, które przy wsparciu pozostałych wokoło dopasowały się do Twoich wymagań. I pamiętam jeszcze, że zdziwiło nie, że tak szybko oddychasz. Myślałem, że coś Ci jest, ale okazało się, że po prostu tak masz. Pamiętam też, że główkę miałeś bardzo miękką, i jeszcze że pachniałeś nowym życiem, wpatrzony byłeś w wieczność, we wszystko. No i pamiętam, że kompletnie nie wiedziałem co Ci powiedzieć i chyba w końcu nie powiedziałem nic.

Potem w nocy spaliśmy razem, a ja miałem wowczas dziwną właściwosć, że przez sen zabierałem ludziom, z którym i spałem, kołdry i insze okrycia. O poranku zobaczyłem, że leżymy wciąż razem, ale ja mam na sobie Twój maleńki kocyk. Poczułem, że jesteś taki swój, mój, swój, Twój. Że jesteś.

Potem wydarzyło się bardzo dużo rzeczy i ciagle się nowe i nowe dzieją, które dzianiem swoim zajmują pamięć, pochłaniają koncentrację. Dlatego pewnie choć kiedyś rejestrowałem dokładnie całość wydarzeń, z naszego pierwszego spotkania pamietam takie urywki. Dlatego też noszę się z zamiarem zapisania tych rzeczy, które jeszcze z tego świętego czasu kojarzę. Potem złożę je w kopercie z tekturki, którą zalakuję taką starodawną pieczęcią i ktoregoś dnia wsunę Ci pod poduszkę.

Ale to potem. Narazie powoli. Kawałek po kawałku… Trochę tygodni po tamtych zdarzeniach, kiedy nasza znajomość rozwijała się żwawo, spytałem Cię, czy zostaniesz moim przyjacielem. Powiedziałem, że ja bardzo chcę być Twoim. Takim przyjacielem najlepszym, najbardziejszym dla którego nie ma miejsca w słowniku na pojęcia w rodzaju: granica, bariera albo dystans. Mówiłem, że będziemy wspólnie wędrować zboczami połonin i razem zwijać żagle, gdy zaskoczy nas burza na jeziorku. Że wymieniać sie będziemy filmami, pierogami z lodówki i skarpetami z szafy. Od siebie nawzajem będziemy się uczyć świata i swoje świety sobą wzbogacać. A śmieszyć nas będą te same absurdy i bzdury. I tak dalej mówiłem i tego typu fikuśne myślokształty biegły w podskokach przeez mnie pprosto do Ciebie, a Ty się wtedy uśmiechnąłeś, czując je jak pulsują wokół Ciebie, akceptując tym wtedy, mówiąc im po prostu “tak”.

W ten sposób zostaliśmy przyjaciółmi.

Szczerze powiem, że kamień spadł mi z serca, bo do tamtej pory obawiałem się, że będziemy tylko tatą i tylko dzieckiem. A to mi raczej nie leżało. Nie lubię, po prostu określenia dziecko. Samo to słowo jest wszak rodzaju nijakiego. Podobnie jak drzewko, słonko, zwierzątko. A przecież człowiek, każdy każdy człowiek, posiada płeć. To jego niezmywalna cecha.. Kiedy takie nijakie “dziecko” nie ma płci, w sferze naszych myśli robi się jakoś mniej człowiekiem,a bardziej podpada pod jedną kategorię ze słonkiem i zwierzątkiem. I kiedy się tak o nim mówi/myśli… – od razu łatwiej z nim postępować jak z nie-całkiem człowiekiem, mała anomalią, i upierdliwym wybrykiem natury. A ja nie chciałem iść w ogóle tym tropem. Nie z Tobą.

Bo nie ważne czy umiesz mówić, czy uczysz się siadać i przewracasz przy tym, , czy może jeszcze nie widziałeś światła, czy potrafisz już sam zjeść albo zasnąć czy jeszcze niekoniecznie… Bez względu na którym etapie rozwoju jesteś, jesteś duszą, istotą, osobą, Życiem, takim, które trzeba kochać. Nie z góry, z dominacją zmieszaną z politowaniem, ale równo, jak druha, bratnią duszę, jak prawdziwego przyjaciela. I robić to mocno, naprawdę mocno. Od góry do dołu, cztery razy wokoło i jeszcze za uszami. Właśnie tak.

Tak Cię będę kochał Przyjacielu.

Rainman

Komentarze (5) »